Krew mnie zalewa, kiedy czytam taki artykuł.

Zjednoczenie Korei jest w ogóle niemożliwe. A to, że „Ekonomiści G. Sachs” interesują się Półwyspem to o niczym nie świadczy. Czy ci ekonomiści byli tam ? A jeśli tak, to na pewno nie wszędzie, bo 30% kraju jest w ogóle niedostępne dla obcokrajowców. Zjednoczenie byłoby jedynie możliwe, jeśli reżim na Północy przestałby istnieć. A żeby doprowadzić do tego, to najpierw kraj musi się zjednoczyć.
A kto chce zjednoczenia ? Nikt ! Na pewno nie Chiny, które boją się zostać zalane przez Koreańczyków, którzy by uciekli na północ ChRL, co spowodowałoby utworzenie na tych terenach „drugiego Tybetu”. Koszty utrzymania uchodźców byłyby większe, niż 2 mld $, które zostały przekazane Korei Północnej przez Chiny.
Nie wystarcza pracować w G. Sachs, żeby być specjalistą, czego dowodem jest fakt, że agencjom ratingowym nie udało się przewidzieć kryzysu międzynarodowego.
Czy w Korei Południowej ktoś chce zjednoczenia ? Nikt nie chce i nikomu nie jest ono potrzebne. Jedynymi potencjalnymi zainteresowanymi zjednoczeniem są ci, którzy mają rodziny na północnej części Półwyspu. Czy ci z Północy mogą się zaadaptować do wartości południowokoreańskich ? Raczej jest to niemożliwe. Ośrodek Hanawon, gdzie przebywają uchodźcy z KRL-D (jest ich obecnie około 12 tyś w Korei Południowej) nie wie jak szkolić biednych uciekinierów, którzy nie wiedzą nawet czym jest karta kredytowa itp.
Kogo winić w takim razie za taki stan rzeczy? Na to pytanie odpowiemy sobie kiedy indziej.

 

Tekst – Półwysep nie na pół-

 

Dwie Koree: rojenia o zjednoczeniu

 

Korea prześcignie Francję, Niemcy, Japonię. Będzie nowym azjatyckim mocarstwem. Pod jednym warunkiem: musi się zjednoczyć.

 

 

Droga do zjednoczenia już jest, i to dosłownie. Od rogatek stolicy Seulu na północ wiedzie nowoczesna autostrada. Komfortowa. Po cztery pasy w każdą stronę. I nazywa się Droga Zjednoczenia. Tyle że prawie pusta, bo donikąd: kończy się betonowymi zaporami strefy zdemilitaryzowanej, która od blisko 60 lat oddziela zwaśnione państwa.

 

Ale wyobraźmy sobie, że jest wiosna 2016 r. W Pjongjangu (inaczej Phenian), stolicy Korei Płn., umiera 75-letni schorowany Kim Dzong II. Zgodnie ze scenariuszem sukcesji, następcą zostaje najmłodszy syn umiłowanego przywódcy, wychowany w szwajcarskiej szkole, niegdyś fan rapu, 33-letni Kim Dzong Un. Tym samym tradycji staje się zadość, dynastia Kimów utrzymuje się przy władzy, a partyjni i wojskowi dygnitarze dostają gwarancję zachowania dotychczasowych przywilejów. Ale nie wszyscy są zadowoleni. Zamieszanie wywołane śmiercią starego Kima wykorzystuje grupa wysokich rangą funkcjonariuszy służb specjalnych, postępowych wojskowych, urzędników zajmujących się handlem zagranicznym i dyplomatów.

 

Chiński wzór

 

Po kilkugodzinnym niemal bezkrwawym zamachu stanu opanowują urzędy centralne. To wystarcza, by przejąć kontrolę nad całym państwem. Idzie im gładko, tym bardziej że armia nie opuszcza koszar, bo generałowie, widząc klęskę reżimu, tylko obserwują rozwój wypadków i ani myślą narazić się nowej ekipie. Nie reaguje także społeczeństwo, które o zmianie władzy nic jeszcze nie wie. Tymczasem niedoszły wódz wychodzi z przewrotu cało, zostaje odeskortowany na stołeczne lotnisko, skąd odlatuje do Chin. W niedalekiej przyszłości zajmie się tam prowadzeniem interesów, napisze książkę o ojcu i dziadku, spisze także pamiętniki, a amerykańskiej wytwórni filmowej sprzeda prawa do opowieści o własnym upadku.

 

Zamachowcom nie chodzi o ideały. Wiedzą, że gospodarka jest w opłakanym stanie, a ludzie głodują, ale ich interesują przede wszystkim własne kariery. W północnokoreańskim skansenie nie rozwiną skrzydeł i nie zarobią dużych pieniędzy. Mają receptę na sukces: chcą wymienić kierownictwo partii, a Koreę Płn. otworzyć na świat, rzucić w wir globalizacji, a dokładniej – wprowadzić w kraju kapitalizm na wzór chiński. Zdają sobie sprawę, że powtórzenie sukcesu wielkiego sąsiada nie będzie możliwe bez wsparcia z zewnątrz, ktoś za otwarcie kraju będzie musiał zapłacić. Dlatego nowy rząd Północy składa ziomkom z Południa propozycję unii.

 

Delegaci Pjongjangu nie jadą do Seulu z pustymi rękami – proponują wojskowe technologie nuklearne, posłuszeństwo ponadmilionowej armii, usługi rozwiniętej siatki wywiadowczej, możliwość eksploatacji bogactw naturalnych, których los poskąpił Południu. W zamian za przymknięcie oka na północnokoreańskie zbrodnie i pomoc w podźwignięciu zrujnowanego kraju oferują pokój, zakończenie wojny trwającej od połowy ubiegłego wieku. Oczywiście Seul uznaje ofertę unii za atrakcyjną. Na kilkadziesiąt następnych lat nadaje Północy status terytorium specjalnego – od teraz Północ będzie koreańskim odpowiednikiem Hongkongu, z własnym samorządem, pewnie nadal komunistycznym, pozbawionym wpływu na politykę zagraniczną i obronną nowego, wspólnego państwa.

 

Dobry interes

 

Zjednoczenie Korei to dziś fantazja, ale nie tak odległa, by nie zajął się nią bank inwestycyjny Goldman Sachs. Analitykom wyszło, że przed połączoną gospodarką koreańską rysują się fantastyczne perspektywy – będzie potrzebowała jedynie 30, góra 40 lat, by przegonić Francję, Niemcy, a nawet Japonię. Z kolei ekonomiści seulskiego instytutu finansów publicznych policzyli całościowy koszt zjednoczenia dla południowokoreańskiego podatnika. W pierwszej dekadzie walka z zacofaniem Północy będzie pochłaniać aż 12 proc. rocznego budżetu Południa. Potem wydatki zaczną maleć, a całe zjednoczenie będzie kosztować około 1 bln dol. Sporo, ale to nadal dwa razy mniej niż zjednoczenie Niemiec. Połączenie nie będzie tak gwałtowne, inaczej niż w Niemczech, będzie to marsz rozłożony na kilka dekad.

 

Zjednoczenie to może być dobry interes. Nie dość, że Południe kupi od Północy pokój i bombę atomową, to jeszcze zyska dostęp do kilkunastu milionów zdyscyplinowanych robotników, gotowych pracować za groszowe stawki i mówiących po koreańsku. Na Dalekim Wschodzie coraz trudniej o naprawdę tanią siłę roboczą, nawet chińska zaczyna uchodzić za nieznośnie drogą. W poszukiwaniu niższych płac i ulg podatkowych także koreańscy inwestorzy coraz częściej zapuszczają się w głąb Państwa Środka. Gdyby doszło do zjednoczenia, nie musieliby stawiać fabryk za granicą.

 

Część południowych koncernów już teraz inwestuje na Północy. W 2004 r. w prowincji Kaesong, sąsiadującej od północy przez granicę z prowincją Paju, otwarto specjalną strefę ekonomiczną, którą zawiaduje spółka należąca do Hyundaia. Strefa to główne źródło dewiz komunistycznego reżimu w Pyongyangu. W 2012 r. ma w niej pracować 750 tys. osób, ale póki co, sto południowokoreańskich firm zatrudnia tam 40 tys. robotników. Płacą im około 70 dol. miesięcznie, dwa razy mniej niż w Chinach i aż 30 razy mniej niż w Korei Płd. Korzystają nie tylko Koreańczycy: jesienią było głośno o szwedzkiej firmie produkującej dżinsy, których jedynym wyróżnikiem było miejsce produkcji. Mają mało oryginalny fason, dostępne są tylko w kolorze czarnym, gdyż niebieski dżins uchodzi w Korei Płn. za wymysł imperialistyczny.

 

Optymiści uważają, że Korea Płn. może szybko zasypać przepaść cywilizacyjną. Przypominają, że na Półwyspie Koreańskim już raz zdarzył się podobny cud, tyle że na Południu, które z kraju potwornie biednego za życia jednego pokolenia wyrosło na 14 potęgę gospodarczą świata. Nic nie stoi na przeszkodzie, by ten wyczyn powtórzyć na Północy, tym bardziej że jej mieszkańcy mają kontakt z namiastką kapitalizmu. Na granicy z Chinami kwitnie kontrabanda, dobrze ma się czarny rynek, bo w miastach to targowiska są głównym źródłem zaopatrzenia w żywność. Państwowy system rozdziału nie wystarcza, więc rządzący komuniści godzą się na bazarową prywatną inicjatywę. Ale i ciągle z nią walczą. W grudniu zeszłego roku Kim Dzong Il zarządził rabunkową denominację, wymierzoną w spekulantów i drobnych handlarzy, którzy wzbogacali się na pełzającej rewolucji wolnorynkowej.

 

Dwie planety, dwa strachy

 

Zjednoczenie zgrabnie wypada w wyliczeniach księgowych, ale nie byłoby łatwe. W latach 90. południowokoreańscy naukowcy i pracownicy ministerstwa zjednoczenia (tak, jest tu takie) tłumnie pielgrzymowali do Niemiec, by wybadać, czy niemiecki model da się powtórzyć w Korei. Orzekli, że powtórka jest wykluczona. Na Półwyspie Koreańskim zaczęła się już siódma dekada podziału (liczona od początku wojny), w Niemczech rozwód trwał kilkanaście lat krócej. I różnice między wschodnimi i zachodnimi Niemcami nie były tak olbrzymie jak między Koreami: w 1990 r. RFN była ledwie trzy razy zamożniejsza od NRD. W Korei ta proporcja wynosi 1:20!

 

W jednoczących się Niemczech po obu stronach granicy żyli ludzie, którzy nieźle się znali, tymczasem w Korei powoli odchodzi ostanie pokolenie, które pamięta się jeszcze sprzed wojny koreańskiej (1950–1953). Nic więc dziwnego, że najmłodsze pokolenie południowych Koreańczyków traktuje ubożuchnych kuzynów z Północy jak groźnych mieszkańców odległej planety, a na co dzień ma ich w nosie. Zjednoczenie pozostaje oficjalnym celem politycznym Południa, ale poparcie dla tej operacji spada z 91,6 proc. w 1994 r. do około 60 proc. dziś, na dodatek prawie jedna piąta Koreańczyków z Południa zdecydowanie się zjednoczeniu sprzeciwia.

 

Obawy budzi tsunami migracji, które przelałoby się przez półwysep, choć eksperci uspokajają, że jeśli Północy zapewni się atrakcyjne warunki rozwoju, odpływ stamtąd nie powinien być duży. Natomiast wielce prawdopodobna byłaby dyskryminacja mieszkańców Północy, większość z nich nigdy nie korzystała z komputera, a musieliby integrować się z jednym z najbardziej skomputeryzowanych społeczeństw świata. Nie wiadomo także, co po ewentualnym połączeniu zrobić ze spuścizną komunizmu, ani jak uporać się z rozliczeniem zbrodni reżimu. A trzeba pamiętać, że zjednoczenie nie byłoby tylko wewnątrzkoreańskim problemem.

 

Trudno oczekiwać, że Chiny, Japonia, Rosja, a nawet bliski sojusznik Korei Płd. – USA bezczynnie asystowałyby przy narodzinach giganta gospodarczego i technologicznego dysponującego bronią atomową. Zniknięcie Korei Płn. nie leży w interesie Chin i Rosji, jej możnych protektorów. Z kolei bardzo silna Korea to także zmartwienie Japonii, która patrzy na obie Koree, jak kiedyś Francja na Niemcy – dobrze, że są dwa państwa, a nie jedno. Strachy są po obu stronach, według sondażu opinii z grudnia zeszłego roku grubo ponad jedna trzecia Koreańczyków z Południa właśnie Japonię uważa za największego wroga, w zbiorowej koreańskiej pamięci Japonia zapisała się brutalną okupacją z pierwszej połowy XX w. Na Południu znacznie mniej osób obawia się reżimu Kim Dzong Ila. Zaskakujące, prawda?

 

Artykuł ukazał się w “Polityce“. Jego autorem jest Jędrzej Winiecki.