O życiu mieszkańców Korei Północnej opowiada Nicolas Levi, redaktor naczelny portalu pukhan.pl w dzisiejszym wydaniu gazety Metro.

Na rozpoczętym wczoraj w Phenianie nadzwyczajnym zjeździe komunistycznej Partii Pracy Korei Północnej wszystko odbyło się według ściśle przygotowanego scenariusza. Wypełniający salę obrad delegaci jednocześnie powstali z miejsc, gdy do stołu prezydialnego powoli zbliżał się „Ukochany Przywódca” Kim Dzong Il. Oklaskom nie było końca. Wyraźnie osłabiony chorobami 68-letni przywódca z grobową miną usiadł za stołem. Jeszcze przed dwoma dniami media na całym świecie spekulowały, że najważniejszym punktem zjazdu będzie zmiana przywództwa partii i państwa.

Schorowanego Kima miał zastąpić jego najmłodszy, 27-letni syn Kim Dzong Un. Stało się jednak inaczej. Wszyscy delegaci potwierdzili mandat sekretarza generalnego partii dla Kim Dzong Ila. Ale wcześniej ogłoszono, że Un został mianowany generałem. Informację, że jest on synem „Ukochanego Przywódcy” pominięto. – To mimo wszystko potwierdza, że w komunistycznej Korei rozpoczęła się zmiana warty i że wybór padł na Una. Inaczej nie podawano by do publicznej wiadomości jego imienia. Co stało się zresztą po raz pierwszy – mówi Maria Kruczkowska, dziennikarka „Gazety Wyborczej” zajmująca się krajami Azji.

– Zmiana władzy nie nastąpiła teraz, bo partyjna elita doszła zapewne do przekonania, że Un jest zbyt młody i niedoświadczony – przypuszcza prof. Edward Haliżak z Instytutu Stosunków Międzynarodowych.

Eksperci twierdzą też, że mianowanie Una na przywódcę partii mogłoby doprowadzić do wybuchu konfliktu wewnątrz partii. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że jeśli stan zdrowia Kima-seniora nagle się pogorszy lub dołączy on do ojca, czyli zmarłego w 1994 r. Kim Ir Sena, wówczas zastąpi go trzecie pokolenie Kimów, a na świecie zostanie ustanowiona pierwsza, komunistyczna monarchia dziedziczna.

O przyszłym przywódcy Korei wciąż niewiele wiadomo – podobno chodził do szkoły w Szwajcarii i jest ukochanym synem Kim Dzong Ila. Jego dwaj starsi bracia to ponoć lubiący balować utracjusze.

Kapusta na śniadanie i wódz na ścianie

O życiu mieszkańców Korei Północnej opowiada Nicolas Levi, redaktor naczelny portalu pukhan.pl

Byłem w Korei Płn. w 2008 r. przez dwa tygodnie. Tego kraju nie da się porównać do żadnego innego. Przeciętny Koreańczyk nie ma pojęcia, co dzieje się na świecie. Informacje podawane to tylko wychwalanie rodzimego komunizmu i antykapitalistyczna propaganda. Koreańczycy z północy nie wiedzą nawet dokładnie, co dzieje się w sąsiednich prowincjach. Żeby móc opuścić swoją, trzeba mieć pozwolenie lokalnego przedstawiciela bezpieki. W Korei istnieje już sieć komórkowa, ale ludzie boją się ze sobą rozmawiać. Na ulicach rzadko kiedy można zobaczyć więcej niż dwie idące obok siebie osoby. Trzy wydałyby się już podejrzane. Nie widziałem też, żeby ktoś się uśmiechał.

Mieszkania Koreańczyków wyglądają jak te w Polsce, w latach 50. We wszystkich głównych pomieszczeniach wisi portret „Ukochanego Przywódcy”. Są kuchenki gazowe, ale prąd to już rzadki luksus. Głównym daniem Koreańczyków jest kapusta i inne warzywa. Mięso to niedostępny rarytas. Ludzie chodzą ubrani bardzo skromnie. Kobiety praktycznie nie mają ozdób. Normą jest, że w miarę porządnie wyglądają tylko fasady budynków stojących przy głównych, bardzo szerokich ulicach. Wnętrza okazują się albo niewykończone, albo bardzo obskurne. Po ulicach jeździ bardzo mało samochodów. W Phenianie widziałem tylko trzy stacje benzynowe, w tym jedną dla dyplomatów. Sklepy wyglądają jak nasze kioski z gazetami. Można tam dostać tylko parę produktów: mąkę, jakieś cukierki, napoje. Za to jest bardzo dużo papierosów, bo Koreańczycy palą nałogowo. W czasie mojego pobytu w stolicy Korei Płn. działały tylko trzy dyskoteki, ale tylko dla elity. Zwykli ludzie bawią się w świetlicach, gdzie największą atrakcją jest karaoke.

Źródło: Dziennik Metro, zapraszamy tutaj