Publikujemy dziś tekst Pana, który był bardzo powiązany z ambasadą Korei Północnej w Polsce. Są to wspomnienie obecne w pamięci Autora Marcina Krzeszowca.

Spodziewana śmierć Kim Dzong Ila, stopniowe przekazywanie władzy synom, przedśmiertne drgawki samego państwa grożącego światu wystrzeleniem rakiet o zasięgu globalnym – wszystko to kładzie w moim odczuciu kres ludowo-demokratycznej, orwellowsko-męczeńskiej Korei Północnej, tej, która za sprawą ojca i różnorakich okoliczności, w jakie był uwikłany, stała się ważnym doznaniem mojego dzieciństwa. Swoim zwyczajem chcę się podzielić kolejną szczyptą wspomnień, niezmiennie wierząc, że tylko to, co osobiście widziane i dotknięte, może być wiarygodne.

Mój ojciec chciał być scenografem teatralnym. I on, i jego brat mieli uzdolnienia plastyczne. Ojciec we wczesnej młodości rysował ołówkiem, piórkiem, kredką pastelową, malował miniatury. Zachowało się kilka jego prac. Stryj, Mieczysław Krzeszowiec, absolwent Politechniki Gdańskiej, był inżynierem-konstruktorem w WSK w Świdniku, ale przez całe życie malował amatorsko. Tworzył głównie olejne pejzaże i portrety, brał udział w plenerach malarskich, zostały po nim nostalgiczne widoki nadbużańskich łąk i smętnych bukietów w wazonach. W moim rodzinnym domu w Puławach wisi doskonała kopia „Żyta” Szyszkina – jego pędzla. Mojego ojca z czasem coraz bardziej pociągała papiero- i metaloplastyka, projekty dekoracji teatralnych. Nie dane mu jednak było zdobyć wykształcenia w tym kierunku.

Gdy po koniec lat czterdziestych minionego wieku zezwolono mu na opuszczenie ZSRR i dołączenie do matki, którą ofensywa Armii Czerwonej w 1944 roku zastała u rodziny w Świerżach, na późniejszym polskim brzegu Bugu, i odcięła od męża i starszego syna – stał się dla stalinowskich władz oświatowych wymarzonym kandydatem na nauczyciela języka rosyjskiego. Nikogo wtedy nie pytano o uzdolnienia, marzenia i aspiracje. W ciągu kilku lat trzeba było stworzyć potężne kadry rusycystyczne. Chłopakowi nakazano szybko zdać w Chełmie mocno spóźnioną maturę i skierowano na Centralne Kursy Języka Rosyjskiego, gdzie jego natywnych użytkowników na chybcika zaznajamiano z podstawami pedagogiki i metodyki. Ojciec na szczęście odnalazł się w roli nauczyciela i został, choć z musu, wspaniałym pedagogiem, do dziś życzliwie wspominanym przez trzydzieści sześć roczników młodzieży, którą rusyfikował przy użyciu takich narzędzi, jak wiersz, piosenka, wycieczka, obóz harcerski. Narzucony mu fach podparł tytułem magistra filologii rosyjskiej dopiero w 1973 roku, równocześnie z dyplomem odbierając z rąk ówczesnego ministra oświaty Jerzego Kuberskiego Medal Komisji Edukacji Narodowej. Nigdy nie przestał tęsknić za scenografią, a upust tym tęsknotom dawał wykonując dekoracje dla szkolnego teatru w Liceum im. ks. J. Czartoryskiego w Puławach, który największy rozkwit przeżywał w latach 60.

Ojciec był wielkim społecznikiem, oddanym młodzieży i miastu. Udało mu się uniknąć przynależności do partii, był natomiast członkiem wielu organizacji, wśród nich, niejako logicznie, Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Na wzór TPPR tworzono organizacje mające kultywować przyjaźń z innymi krajami demokracji ludowej, a więc także Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Koreańskiej, mające na celu zacieśnianie bratnich więzi między PRL a KRLD. Korea Północna weszła do rodziny demoludów pod patronatem i przy wszechstronnej pomocy Związku Radzieckiego, dlatego językiem północnokoreańskiej dyplomacji i wszelakiej łączności z socjalistyczną częścią ówczesnej Europy był język rosyjski. Ojciec w swojej pracy pedagogicznej i działalności społecznej nigdy nie gloryfikował powojennej ludowości odrodzonego państwa, ale też nigdy nie kwestionował ustroju, uniknął więc niezdrowego zainteresowania ze strony ubecji. Władza, ta lokalna i ta centralna, była go pewna i tylko czasem miewała „uprzejme prośby”, jak właśnie tę, by współzałożył w Puławach Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Koreańskiej i w imieniu władz miejskich i regionalnych podtrzymywał (w praktyce rosyjskojęzyczny) kontakt z ambasadą KRLD w Warszawie.

No i zaczęły się wzajemne wizyty: ambasadorów KRLD – w Puławach, puławskich notabli – w ambasadzie. Puławiacy stali się szczególnie bliscy Koreańczykom, często gościli w Warszawie i byli podejmowani po królewsku. Z jednym z przyjęć w ambasadzie wiąże się historia obrączki i pierścionków małżonki ówczesnego dyrektora uzdrowiska Nałęczów, przyjaciela moich rodziców. Tuż przed wyjazdem z ambasady pani Jadzia poszła do toalety i, rozkojarzona, całą biżuterię, zdjętą z palców przed myciem rąk, zostawiła na umywalce. Brak pierścionków stwierdziła dopiero w połowie powrotnej drogi do Puław, a był już środek nocy. Działo się to na trzydzieści lat przed pojawieniem się w Polsce telefonów komórkowych, dlatego postanowiono zadzwonić do ambasady dopiero rano. Nim pani Jadzia zdążyła powiedzieć, o co chodzi, już usłyszała, że samochód z ambasady, odwożący zgubę, właśnie dojeżdża do Puław. Był to ujmujący gest ze strony ambasadora.

*  *  *

Ojciec czuł się przede wszystkim nauczycielem i starał się wkomponować krzewienie tej sympatycznej przyjaźni polsko-koreańskiej w swoją codzienną pracę pedagogiczną. Już z początkiem lat 60. dał się poznać jako niezrównany i, jak się miało okazać, jedyny w historii puławskiego liceum organizator obozów harcerskich. Z czasem na ich stałe miejsce wybrano Jantar koło Stegny Gdańskiej. Z inicjatywy ojca szczep harcerski działający przy Liceum im. Czartoryskiego otrzymał imię Li Su Boka – partyzanta, który zginął jako 18-latek, bohatera północnokoreańskiej wojny ojczyźnianej z japońskim i amerykańskim imperializmem, chłopca-symbolu, wykreowanego przez propagandę na wzór nastoletnich Bohaterów Związku Radzieckiego, którymi obrodziło podczas II wojny światowej. Ten doniosły fakt miał przeróżne konsekwencje: od wizyt przedstawicieli ambasady KRLD w puławskim liceum i na obozach w Jantarze po wściekłość pani Marysi, obozowej intendentki, bo w żadnym sklepie w Stegnie i Nowym Dworze Gdańskim nie potrafiono tego nieszczęsnego Li Su Boka prawidłowo napisać na wystawianej Szczepowi fakturze za jajka albo chleb.

Image

Image

Li Su Bok – awers i rewers pocztówki „trójwymiarowej”, oszpecony podpisem dziewięcioletniego Krzeszowca

Na obozy w Jantarze zacząłem być wożony od 1967 roku, a więc jeszcze dzieckiem w kolebce. Ostatni obóz miał miejsce w lipcu 1980. Miesiąc później pobliski Gdańsk wybuchł Solidarnością i to był koniec obozów, a zarazem początek powolnego końca całego państwa. Wśród tylu rzeczy, za które jestem ojcu wdzięczny, może na pierwsze miejsce wysuwa się trzynaście kolejnych lipców spędzonych w Jantarze, który stał się także terenem mojego dorastania psychoseksualnego. Obok ognisk, piosenek, wycieczek nadrzędną atrakcją obozów była dla mnie możliwość spędzania czasu z licealistami – z mojego punktu widzenia dorosłymi mężczyznami, a zwłaszcza obserwowania na nieodległej dzikiej plaży gigantycznych wypukłości w ich kąpielówkach. Wiele z tych kadrów do dziś przechowuję w pamięci.

Zachowały się zdjęcia z wizyty pracowników ambasady północnokoreańskiej w Jantarze w lipcu 1974. W obozie spędzili ze trzy noce, rozbito im osobne namioty, czwórki z tropikiem. Na czas ich pobytu ojciec był wyłączony ze zwykłych obowiązków zastępcy komendanta (zawsze wolał być wice), zajmował się tłumaczeniem, bo Koreańczycy, choć jeden bodaj próbował mówić po polsku, byli rosyjskojęzyczni. Ja, od świtu do nocy w kąpielówkach (w których miałem wtedy tak żałośnie mało w porównaniu z licealistami), zamiast się bawić z dzieciakami kadry, oczywiście wolałem towarzystwo dorosłych i nie odstępowałem ojca i Koreańczyków. Podobało mi się, że się tak ciągle uśmiechali, mimo że zachowywałem się – jak zawsze – skandalicznie: wtrącałem się do rozmowy, mądrzyłem się, przerywałem, ale Koreańczycy nie przestawali się uśmiechać i ciągle powtarzali: umnyj malczik i kak nastojaszczij pionier.

Image

Marcinek w slipkach z przedstawicielami ambasady KRLD w garniturach; Jantar, lipiec 1974

Image

Akurat wtedy na kilka dni wpadła na obóz moja mama. Koreańczycy byli przygotowani na każdą okoliczność – dostała od nich chustkę na głowę i pościel, wszystko z ręcznie malowanego jedwabiu. Goście z ambasady przywieźli też mnóstwo materiałów propagandowych w języku rosyjskim: albumy z bajecznymi zdjęciami, pokazującymi piękno przyrody i wszechstronny rozkwit samowystarczalnego państwa, kilka tomów pism Kim Ir Sena, opasłą Istoriju koriejskoj riewolucii oraz książkę, którą zaraz zacząłem czytać, zachęcony tytułem: Mat’ Koriei – o Kan Ban Sok, matce Kim Ir Sena, mającej w północnokoreańskim panteonie status Matki Boskiej. Rozczytywałem się w naiwnej jak opowiastki z „Rycerza Niepokalanej” hagiografii opisującej tragiczeskuju sud’bu biednej mieszkanki wsi Mangende, gdzie 15 kwietnia 1912 urodziła swojego Syna, Mesjasza Narodu, a wieś – północnokoreańskie Betlejem – została zamieniona w muziej-zapowiednik (o Mangende był osobny albumik). Dzisiaj na takie bzdury, pisane z użyciem sztampowej metaforyki, napuszoną, hieratyczną ruszczyzną ód dzierżawinowskich, nie poświęciłbym ani minuty, ale jako dziewięciolatkowi strasznie mi się podobały te bajdy.

Od urodzenia mól książkowy, jednego popołudnia zrezygnowałem z przesiadywania w namiotach chłopaków (a nuż któryś będzie zmieniał spodenki) i już na drugi dzień recytowałem Koreańczykom z pamięci podpisy pod zdjęciami w albumach: Uważajemyj i liubimyj wożd’ towariszcz Kim Ir Sen wooduszewlajet sportsmienow; Uważajemyj i liubimyj wożd’ towariszcz Kim Ir Sen izłagajet trudiaszczimsia principy dżucze. Tego „dżucze” nie rozumiałem nawet z kontekstu, zresztą w sumie nabijałem się, bo strasznie mnie śmieszyło, że i goście mówiąc o Kim Ir Senie wpiętym w klapy marynarek, których prawie nie zdejmowali mimo upalnego lipca, zawsze poprzedzali wymówienie jego imienia tą właśnie formułką: Uważajemyj i liubimyj wożd’. W końcu jednego z nich zapytałem wprost: Szto ż wy prinialis’ krugom sije powtariat’? Ojciec zzieleniał, a matka dała mi klapa i wyprowadziła poza obóz, na umoralniający spacerek po lasach okalających obozową polanę.

Nie mogłem się doczekać, kiedy pójdziemy z Koreańczykami na plażę, bo koniecznie chciałem ich zobaczyć w slipach. Umierałem z ciekawości, jakie mają kutasy. Niestety, na plażę też poszli w garniturach, a na miejscu ograniczyli się do zdjęcia butów i marynarek. Bliad’.

Aż nadszedł ten radosny dzień, gdy ojciec otrzymał zaproszenie do Korei, z opłaconym przelotem z i do Moskwy. Dobrze się składało, bo właśnie jechał do Moskwy na konferencję MAPRiJaŁ (Mieżdunarodnaja Associacija Priepodawatielej Russkogo Jazyka i Litieratury), od jej zakończenia do planowanego wylotu pozostawały trzy albo cztery dni, które bez problemu mógł spędzić w swoim stałym pokoju w akademiku MGU na ul. Szabołowka, przez płot z (wtedy nieczynnym i częściowo zrujnowanym) monastyrem Dońskim. Był przełom września i października 1978 roku.

Świadom, że fasada Korei Północnej pokazywana gościom zagranicznym jest wsią potiomkinowską, ojciec z dziwną przyjemnością poddał się gospodarzom-przewodnikom i bogatej programmie priebywanija. W ciągu ośmiu dni zwiedził wraz z grupą równie zasłużonych dla umacniania przyjaźni z Koreą obywateli innych państw bloku najpiękniejsze, przystosowane do prezentacji miejsca KRLD. Przede wszystkim oczywiście Phenian, który sprawiał wrażenie planu filmowego, a mieszkańcy – statystów wiernie odgrywających ustalony scenariusz filmu pod tytułem „Codzienne życie stolicy”. Po powrocie tata musiał mi po dziesięć razy opowiadać o Korei, dzięki temu mogę dziś przekazać jego wspomnienia.

Image

Najbardziej szokowała „zorganizowana pustka” panująca na ulicach. Brak samotnych przechodniów, ludzie przemieszczali się w przynajmniej kilkuosobowych grupach. Każdy ciągnął za sobą swoje „ogony” i „cienie”. Co jakiś czas chodnikami defilowały grupy kilkudziesięcioosobowe – dzieci szkolnych, ale i dorosłych. Kolektywy pracownicze? Na szosach wyłącznie autobusy, trolejbusy i czarne wołgi należące do partyjnych dygnitarzy. Nieliczne liegkowyje masziny w innych kolorach.

Image

Image

Image

Image

Image

Obowiązkowym punktem programu była wizyta w stołecznym Pałacu Młodzieży. Odnosiło się wrażenie, że dzieci, zajęte w poszczególnych pracowniach nauką, twórczością plastyczną, muzyką, tańcem, sportem, przychodzą do tego Pałacu jak do pracy; że są podzielone na brygady, np. dana grupa chłopców przychodzi stale na te same zajęcia w sali poświęconej kolejnictwu, a tamte dziewczynki są na „etatach” w gabinecie przyrodniczym – by o każdej porze dnia niespodziewani goście mogli zastać młodzież doskonale wykonującą powierzone czynności. W Pałacu trwały przygotowania do odparcia ewentualnego imperialistycznego ataku na Koreę: dwunastoletni na oko chłopcy poznawali budowę i działanie karabinów, a takoż uzbrojeni pionierzy odgrywali na scenie teatralnej skecz pod tytułem Otorwiom koniecznosti ot amierikanskich impierialistow, co można by przełożyć: „Powyrywamy Amerykańcom nogi z dupy”. (Wszystkie zdjęcia pochodzą z wydawnictw koreańskich; przyjezdnym podczas całego pobytu nie zezwolono na fotografowanie).

Image

Image

Dwa wieczory goście z demoludów spędzili w pheniańskim Bolszom – narodowym teatrze operowym. Na zamówienie władz kompozytorzy północnokoreańscy napisali wiele oper, a dwie z nich uzyskały status narodowych. Opowiadały oczywiście o niedoli ludu koreańskiego pod okupacją japońską, o strajkach i powstaniach chłopskich w latach 20. i 30. XX w., a następnie o ofiarach, jakie lud poniósł w walce z japońskim i amerykańskim agresorem podczas II wojny światowej i w wojnie roku 1950 „o 38. równoleżnik”. Te opery wystawiano z najdonioślejszych okazji państwowych oraz dla większej liczby zagranicznych gości przybywających z wizytą przyjaźni.

Image

Pierwsza, zatytułowana „Morze Krwi” (Morie Krowi), to spektakl miażdżący siłą rozszalałej muzyki, gry krwawych świateł i potęgą scen zbiorowych, partii chóralnych, które ojciec porównał do chórów z radzieckich oper Muradeli. Ojciec bardzo przeżył podobną do widywanych w ogarniętym wojną Związku Radzieckim i silnie obecną w ogóle w rosyjskiej wrażliwości scenę, gdy staruszka matka, której wszyscy synowie polegli, śpiewa na proscenium dramatyczną arię, zwracając się do tytułowego Morza Krwi, by powiedziało, ile jeszcze pochłonie ofiar, nim się nasyci (w rozdanym widzom streszczeniu libretta po rosyjsku tekst zaczynał się od Skażi, Morie Krowi…). W ostatnim akcie ta sama matka – niczym Własowa z „Matki” Gorkiego – wzywa mieszkańców wioski do partyzanckiej walki o niepodległość i sprawiedliwość społeczną (aria zaczynała się od: Kogda wsie liudi kak odin wstanut…)

Drugą operą narodową, ukochaną operą Koreańczyków z Północy, była „Kwiaciarka” (Cwietocznica), poniekąd odpowiednik naszej „Halki”, gdy dostrzec konflikt między kobietą z ludu, ubogą wieśniaczką, przecudnej urody Kopciuszkiem imieniem Kot Pun a obrzydliwym Japończykiem, właścicielem kwiaciarni, gdzie Kot Pun jest za popychadło, ponadto musi chodzić z koszem kwiatów po bogatych domach („Kup kwiaty, panie mój”). Dla swej nieziemskiej urody jest przez klientów przyjmowana życzliwie, dla każdego oprócz świeżych kwiatów ma uśmiech, ale musi odpierać zakusy chcącego ją zgwałcić japońskiego oblecha w bufiastych spodniach ze złotogłowiu. Te szczegóły znam z kalendarza ściennego, który ojciec przywiózł wśród licznych prezentów: dwanaście miesięcy – dwanaście scen z „Kwiaciarki”. Nie muszę dodawać, jak tata się zachwycał przepyszną scenografią, tonącą – jak na „Kwiaciarkę” przystało – w girlandach kwiatów wyglądających jak żywe, i operowaniem światłem: w obu operach po mistrzowsku osiągano skąpany we krwi zachód imperialistycznego świata oraz delikatną, błękitnoróżową jutrzenkę komunistycznej wolności, której niestety nie doczekała Kot Pun – tragiczna heroina podniosła bunt przeciwko swojemu oprawcy, sama zginęła, ale poderwany jej przykładem lud zwyciężył na skalę ogólnonarodową.

Kwiaty są częstym motywem w sztuce Korei – kwitnącego państwa. Dominują w oficjalnej państwowej retoryce i antroponomastyce. Na trzeci wieczór ojca zaprowadzono do kina, gdzie obejrzał, dla relaksu po operowych tragediach, socrealistyczną, czarno-białą komedię o rolniczej spółdzielni produkcyjnej, pt. „Kwitnąca wioska” (Cwietuszczeje sieło), z rosyjskimi napisami.

Image

Phenian – Uniwersytet im. Kim Ir Sena

Image

Gościom z Europy umożliwiono (starannie wyreżyserowany, i to się niestety czuło) kontakt ze zwykłymi mieszkańcami Phenianu. Pozwolono zajrzeć do wybranych sklepów-teatrzyków, w których trwał całodzienny spektakl zakupów. Ojciec miał wrażenie, że wszystkie Koreanki (tylko kobiety chodzą po sklepach, mężowie są w fabrykach), niemal jednakowo ubrane w spódnice podciągnięte prawie pod biust i w bluzki o tradycyjnym narodowym kroju, z charakterystyczną kokardą wykańczającą gors, z identycznymi (tylko w różnych kolorach) torbami na zakupy – to aktorki, statystki odgrywające nudny scenariusz przypatrywania się półkom i oglądania do obrzydzenia znanych słoików. W samoobsługowym spożywczaku niewiele było do kupienia, głównie puszki z radzieckimi rybami i mięsem wielorybim (które w ZSRR, na długo przed przejściem na wegetarianizm, żarłem kilogramami prosto z puszek, bo przewyższa najdelikatniejszą wołowinę i tuńczyka), w bławatnym – bele jedwabiu. Nie płacono pieniędzmi, tylko talonami. W każdym sklepie goście usłyszeli tekst o bezawaryjności dostaw towarów i o pełnym zaspokojeniu potrzeb obywateli w gospodarce opartej na dżucze, czyli na absolutnej autarkii.

Image

Tłumy nieustannie uśmiechniętych statystów podzielonych na grupki śpiewające i tańczące, grające na instrumentach ludowych, witały gości także w parkach i na bulwarach Phenianu. Podobnie było w mieście Kesong, gdzie pokazano ukryty wśród tysiącletnich drzew zespół zabudowań okresu Kore (IX-XIV w.) oraz (jak powiedział przewodnik – największy na świecie) zakład produkcji preparatów z żeń-szenia, nalewek spirytusowych na żeń-szeniu oraz całych korzeni marynowanych w occie.

Co parę kilometrów autokar zatrzymywał się przy świętym drzewie: była to albo zasadzona ręką Kim Ir Sena i opatrzona stosowną tablicą informacyjną strzelista topola, albo drzewa-eksponaty w rejonie Musan, na których pniach partyzanci idący pod osobistym przywództwem Kim Ir Sena na Phenian wyryli w maju 1939 rewolucyjne hasła; święte pnie zostały obudowane szklanymi gablotami, a do leśnego muzeum ciągnęły pielgrzymki małych pionierów. Przy szosach gęsto stały ołtarzyki ku czci Wodza – północnokoreańskie przydrożne kapliczki i świątki.

Północ Korei to kraj górzysty. W dawnej koreańskiej tradycji leży oddawanie czci poszczególnym szczytom. Na tę tradycję zgrabnie nałożono kult Wielkiego Wodza. Na prawie każdym szczycie miało miejsce jakieś ważne wydarzenie w jego życiu. Zdobywając dany szczyt należało rozważać odpowiednią tajemnicę biograficznego różańca Kim Ir Sena. Wśród świętych gór Korei tą najświętszą jest wulkaniczna góra Pektusan na granicy Korei i Mandżurii, koreański Synaj i zarazem Tabor. Na Pektusanie Kim Ir Senowi została objawiona genialna idea dżucze – odpowiednik chrześcijańskiej ekonomii zbawienia. Spisał jej założenia, a one niczym dekalog miały przemienić Koreę w najszczęśliwszy kraj na świecie.

Na jeden dzień wycieczka udała się do wspomnianej już wioski Mangende, gdzie urodził się Kim Ir Sen, a na dwa ostatnie w Góry Kymgangsan – Góry Diamentowe, porośnięte lasem liściastym, który z początkiem jesieni urzekał feerią barw; tata powiedział, że w ogóle w Korei czuł się jak na innej planecie, ale chyba najbardziej to poczucie towarzyszyło mu w jesiennych górach Kymgangsan.

*  *  *

Puławskie Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Koreańskiej istniało co najmniej do 1987 roku – do śmierci mojego ojca. Robert Nawrocki, autor relacji „Obrazki z Korei Północnej. Pod opieką Chonga” (gazeta.pl, 7.11.2008) odnalazł jego ślad w Phenianie: Na brzegu rzeki Tedong-gang przepływającej przez Pjongjang szerokim, powolnym nurtem wznosi się 150-metrowy granitowy obelisk, który symbolizuje geniusz Wielkiego Przywódcy oraz jego ideologię – dżucze (mieszanina marksizmu, stalinizmu, zasady samowystarczalności i izolacji, jaką Kim Ir Sen narzucił narodowi). Jest dziełem nie tylko Koreańczyków, ale całej awangardy postępowej ludzkości – z tyłu cokołu w specjalnej wnęce wmurowane są „cegiełki” wspomagających budowę sponsorów (znalazłem Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Koreańskiej z Puław, 1983 r.).

Marcin Krzeszowiec

Oryginalny Tekst można znaleźć tutaj