Czy likwidacja potwornego Obozu 22 może świadczyć o politycznej odwilży? Nic z tego. Północnokoreański reżim zaczął rozbudowywać bliźniaczy gułag w innej części kraju. Informacje o tych obozach bardzo rzadko wydostają się poza kraj – Pjongjang zaprzecza ich istnieniu i nie wpuszcza obserwatorów.
Władze w Seulu szacują łączną liczbę osadzonych na 154 tys. Departament Stanu USA mówi o 200 tys. – to 1 proc. populacji KRLD. Do niedawna największy obóz nosił numer 22 i był zlokalizowany na północnym wschodzie kraju, przy granicy z Chinami. Ogrodzony trzymetrowym płotem pod napięciem zajmował obszar zbliżony do Los Angeles. Miało tam przebywać 50 tys. więźniów, dorosłych i dzieci. Do obozu trafiali ci, którzy „wypowiedzą się lub zrobią coś przeciwko nieżyjącemu prezydentowi Kim Ir Senowi lub jego synowi Kim Dżong Ilowi; jednak obciążona jest też rodzina, nawet dalecy krewni”.
O tej „zasadzie dziedziczenia” opowiedział BBC Kwon Hyuk, były obozowy szef służb bezpieczeństwa, zwerbowany w Pekinie przez wywiad Korei Płd. Kwon widział gazowanie więźniów w komorach. Nie jako sposób masowej eksterminacji, lecz eksperyment – sprawdzano skuteczność chemikaliów. „Gaz doprowadzany jest specjalną rurą. Rodziny obejmują się, inni więźniowie stoją wzdłuż ściany. Naukowcy obserwują od góry przez specjalne okienko”.
Inne wstrząsające zeznanie pochodzi od Ahn Mjong Czola, byłego strażnika obozowego, który uciekł z kraju w 1994 r. Kiedy po raz pierwszy trafił do Obozu 22, był w szoku, widząc „żywe szkielety, karły i kaleki w łachmanach”. Oszacował, że 30 proc. więźniów jest okaleczonych: mieli odcięte uszy, wydłubane oczy, złamane nosy, twarze pokryte bliznami. Około 2 tys. brakowało kończyn, ale nawet oni musieli pracować.
Dzienna racja żywnościowa to 360 gramów zboża. Kto chciał urozmaicić dietę, musiał złapać szczura, węża albo żabę. Z głodu umierało co roku 1,5-2 tys. ludzi, głównie dzieci i niezdolnych do pracy, którzy byli izolowani i głodzeni. Mimo to liczba więźniów nie malała, bo wciąż przywożono nowych. Widziałem ciała po egzekucjach. Większość mężczyzn umierała od ran postrzałowych. Kobiety nie miały tak lekko – widziałem ciała z odciętymi piersiami, inne rozcięte między nogami. I trupy z całkowicie zmiażdżonymi tyłami głów – mówił Ahn miesięcznikowi „Wolgan Chosun”.
Jako kierowca miał częsty kontakt z oficerami służby bezpieczeństwa, którym robił „kapitalistyczne przysługi”, czyli kupował towary na czarnym rynku. Razem pili. Po pijaku przechwalali się egzekucjami: „Walnąłem go prosto w oko! Powinieneś zobaczyć tę krew!”. Jeden z oficerów opowiedział, że kiedy uprawiał seks z więźniarką, ta uderzyła go w twarz. Za karę ją rozpruł, począwszy od pochwy, następnie wybebeszył.
Ciała były porzucane i zjadane przez dzikie zwierzęta. Strażnicy, którzy szukali drzewa w lesie, często wymiotowali na widok trupów pokrytych robakami. We wrześniu źródło portalu DailyNK doniosło, że więźniowie z Obozu 22 są przewożeni w głąb kraju. Mówiono, że stało się to po ucieczce jednego ze strażników do Chin. W grudniu informacja została potwierdzona: obozowe zabudowania zrównano z ziemią (niszcząc ewentualne dowody zbrodni), teren przeznaczono pod uprawy. „Nie został ani jeden więzień, a nowo przybyli chłopi zajęci są nawożeniem gruntu”.
Niektórzy – jak były radziecki dyplomata Aleksandr Mansurow w wywiadzie dla portalu 38North – uznali to za możliwą oznakę odwilży („politycznej dekompresji”), wyczekiwanej od objęcia sterów państwa rok temu przez Kim Dżong Una, najmłodszego syna zmarłego dyktatora Kim Dżong Ila. Młody Kim ma mniej sfinksowy wizerunek, nie ukrywa zamiłowania do amerykańskiej popkultury. Niedawno pozwolił obcokrajowcom wwozić telefony komórkowe. Ale w kwestiach zasadniczych zmian nie ma. Kilka dni temu reżim, który nie jest w stanie wyżywić obywateli, zapowiedział kolejną próbę nuklearną.
Najbardziej prawdopodobnym powodem likwidacji Obozu 22 są względy bezpieczeństwa – znajdował się zbyt blisko chińskiej granicy. Jeśli prawdziwe są doniesienia o zbiegłym strażniku, jego zeznania znów zadadzą cios wizerunkowi KRLD. Ponadto Obóz 22 leżał ledwie 8 km od miasta Hoeryong, które zgodnie z uchwałą partii ma stać się atrakcją turystyczną jako miejsce narodzin babki Kim Dżong Una. Zdjęcia satelitarne dostępne na Google Earth właśnie pokazały postępującą rozbudowę innego obozu – numer 14, na północ od Pjongjangu. Przylegający doń teren ogrodzono płotem długim na 20 km, wewnątrz wznoszone są budynki, w tym domniemane wieże strażnicze.
Obóz 14 rozsławiła książka Blaine Hardena, byłego korespondenta „Washington Post”, a także nakręcony na jej podstawie film dokumentalny. To budząca dreszcz opowieść człowieka, który urodził się w obozie. Jego rodzice, więźniowie, zawarli małżeństwo z rozkazu strażnika. Szin Don Hiuk opowiada, że obok katorżniczej pracy, głodu, bicia i tortur codziennością jest nieustanna inwigilacja i zmuszanie do donosów na współwięźniów. Szin doniósł na własną matkę i bez większych emocji oglądał jej egzekucję.
Likwidacje gułagów w Korei zdarzały się już wcześniej. W latach 1998 i 2000 zamknięto dwa obozy leżące w tej samej prowincji co 22. Więźniów przeniesiono w inne miejsce. Jeden z dobrze poinformowanych uchodźców zeznał, że decyzję taką podjęto, ponieważ obrońcy praw człowieka wzięli te obozy pod lupę, poza tym były zbyt blisko granicy z Chinami.

Źródło: wyborcza.pl