ambaDoświadczywszy na własnej skórze, że slogany o dobrobycie są puste, Koreańczycy z Północy przestają wierzyć w propagandę serwowaną przez reżim. Najbardziej przedsiębiorczy wykupują się od udziału w sesjach indoktrynacji. Ta relacja dotyczy zebrań organizowanych w zakładach pracy podczas kwietniowego kryzysu, kiedy to KRLD zagroziła wojną Stanom Zjednoczonym i zerwała współpracę z Koreą Południową. – Kadry partyjne wstydzą się prowadzić te wykłady. Każe się im powtarzać w kółko te same frazy, choć wiedzą, że to kłamstwa – mówi źródło południowokoreańskiego portalu.
Informator DailyNK precyzuje, że na zebraniach mowa jest o polityce „bjungdżin”, zgodnie z którą rząd będzie jednocześnie rozwijał broń atomową i gospodarkę. – Wykładowcy nawiązywali do przemówienia marszałka Kim Dżong Una z 15 kwietnia, w którym obiecywał on, że „naród nigdy już nie będzie musiał zaciskać pasa”. A życie jest coraz cięższe – mówi urzędnik. Koreańczycy z Północy aktualnie raczej nie umierają z głodu jak kilkanaście lat temu, ale syci też nie są. Załamanie systemu kartkowej dystrybucji żywności odebrało ludziom pewność, że za tydzień też będą mieli co włożyć do garnka. Tymczasem co najmniej 25 proc. budżetu państwa pochłania utrzymanie armii. Jedna nieudana próba wystrzelenia rakiety dalekiego zasięgu z grudnia 2012 r. kosztowała 1,3 mld dol.
Przekonanie narodu, że czarne jest białe, wymaga ideologicznej pracy u podstaw. Regularne zebrania służą też kontrolowaniu obywateli – niektórzy eksperci twierdzą, że nawet w większym stopniu niż aparat bezpieczeństwa.
Każdy Koreańczyk obowiązkowo należy do jednej z komórek organizacyjnych. W wieku 14 lat wstępuje do Socjalistycznej Ligi Młodzieży Kim Ir Sena, a kiedy osiągnie trzydziestkę, zostaje członkiem dorosłej organizacji. Robotnicy zapisują się do związku zawodowego robotników, rolnicy – do związku rolników, gospodynie domowe – do Związku Kobiet, a najzdolniejszych bierze rządząca Partia Pracy Korei.
Każde z tych zrzeszeń organizuje dla swoich członków zebrania, zwykle trzy razy w tygodniu. Dwa z nich to sesje indoktrynacji, czyli wykłady poświęcone geniuszowi klanu Kimów, sukcesom gospodarczym KRLD oraz niecnej polityce Ameryki i jej południowokoreańskich marionetek. Słuchacze są potem odpytywani, ale nie są to trudne egzaminy.
Trzecie zebranie to sesja samokrytyki. Trzeba się przyznać do jakiegoś drobnego występku, np. że się spóźniło do pracy. Wyznanie musi być okraszone cytatem z Kim Dżong Ila lub Kim Ir Sena (to dwaj poprzedni przywódcy – obecnemu awans na klasyka zabierze jeszcze chwilę). Grzesznik jest następnie krytykowany przez innego członka jego organizacji. Zwykle jest to teatr, czasem nawet z uprzednio napisanym scenariuszem – kto się do czego przyzna, a kto go potępi.
W przypadku poważniejszego przewinienia – ale nie na tyle surowego, by zainteresowała się nim policja – odbywa się dłuższa i ostrzejsza krytyka zwana „sesją walki ideologicznej”. Zasłużyć na nią może np. ktoś przyłapany na tym, że bez zezwolenia wyjechał do innej części kraju. Praca propagandowa wre. Blisko półtora roku od objęcia sterów państwa przez Kim Dżong Una w Korei trwa mozolna budowa jego kultu jednostki, na wzór ojca i dziadka.
30-latek uzyskał już wszystkie wymagane tytuły i stanowiska państwowe oraz awans na marszałka. W najświeższej broszurze, do której dotarł DailyNK, napisano, że młody Kim już jako nastolatek pisał eseje na temat przywództwa i strategii wojskowej swojego dziadka (być może dlatego tak słabo się uczył w liceum w Bernie, o czym doniósł niedawno szwajcarski dziennik „Le Matin”: Kim Dżong Un miał ogromną liczbę dni nieobecnych i średnią ocen 3,5 w sześciostopniowej skali). Broszura informuje też, że młody wódz doskonale zna się na sztuce i że nie ma sportu, którego by nie potrafił uprawiać.
Wtłaczana do głów od najmłodszych lat propaganda ma siłę rażenia niewyobrażalną dla mieszkańca Zachodu. Telewizja CNN nadała niedawno reportaż o „zaprogramowanej” Koreance, która 11 lat temu uciekła na Południe, a mimo to, kiedy ogląda reżimową telewizję KCTV, nie może powstrzymać łez wzruszenia. – To bogowie – mówi o dynastii Kimów. – Nie potrafię wydusić słowa. Czuję, że żyję tylko dzięki nim – łka Czae Jong Hi. Patrząc na chór żołnierzy, z wypiekami na twarzach występujących przez Kim Dżong Unem, mówi: – Oni nie grają. Naprawdę są gotowi za niego oddać życie. Skoczą za nim w ogień.
A jednak coś zaczyna się kruszyć. Według cenionego znawcy Korei Północnej Andreja Lankova „kultura organizacyjna” ma na Koreańczyków coraz mniejszy wpływ. Uwiąd widać zwłaszcza w Związku Kobiet, bo to na kobietach spoczywa zadanie nakarmienia rodziny w sytuacji, kiedy pensja męża nie starcza nawet na zakup ryżu na rynku. Coraz więcej ludzi uważa, że trzy-pięć godzin w tygodniu spędzone na zebraniach to strata czasu. Wolą pohandlować na bazarze.
Do niedawna przed propagandą nie było ucieczki – można było nie czytać gazet, nie oglądać telewizji, ale sesje indoktrynacji dopadały każdego. Teraz przedsiębiorczy Koreańczycy mogą legalnie wymigać się od obecności w pracy (a tym samym na zebraniach), wpłacając określoną sumę na rzecz swojego przedsiębiorstwa. Mogą to zrobić nawet poborowi, dostarczając jednostce jedzenie zamiast swojej obecności.
Wygląda na to, że najpoważniejszym wydarzeniem, jakie Koreańczykom otworzyło oczy, była denominacja wona z 30 listopada 2009 r. Ludzie stracili oszczędności całego życia. Tymczasem język, jakim przemawia do nich władza, się nie zmienił.
Zmiany jednak są dostrzegalne. Lankov zauważa, że Korea Południowa już nie jest określana jako „kraj głodu i nędzy”, tylko krytykowana za nierówności społeczne. To reakcja na nowe realia: coraz więcej ludzi ma dostęp do kontrabandy z Chin i Korei Południowej. Na filmach widać, jak wygląda życie po drugiej stronie granicy. Także dlatego słabnie moc indoktrynacji.
„Reżim może w jakimś stopniu ukryć sprzeczności, ale sama propaganda nie wystarczy, by Koreańczycy z Północy zapomnieli o głodzie” – pisze kanadyjski politolog Ben Kolisnyk. Pozostaje jeszcze drugi filar kontroli – siła. Czy ta zmiana będzie miała znaczenie dla przyszłości kraju? To zależy. Od lat 60. tamtejszy system jest oparty na podziale obywateli na trzy podstawowe klasy: lojalną, niepewną i wrogą (odpowiednio 28, 45 i 27 proc. społeczeństwa). O przypisaniu do danej klasy decyduje urodzenie i nie jest możliwy awans.
„Wrogowie” podlegają ścisłej kontroli i w ich przypadku indoktrynacja, choć intensywna, nie ma większego znaczenia – i tak są straceni. Można też założyć, że utrata złudzeń przez klasę lojalną nie jest dla reżimu groźna. Lojalność elit jest bowiem utrzymywana przywilejami, o jakich pozostali Koreańczycy mogą tylko marzyć. Wytwórcy propagandy wcale nie muszą w nią wierzyć – ważne, by wierzyły w nią masy z klasy niepewnej. Dopiero kiedy ta niemal połowa narodu utraci wiarę w nieomylność i niebiańską naturę reżimu, jego istnienie będzie zagrożone.

Źródło: wyborcza.pl