Po śmierci „Wielkiego Przywódcy”, źródło: www.thedailyworld.com

Dziś bardzo ważna i smutna zarazem rocznica dla mieszkańców Korei Północnej. Równe 20 lat temu umarł „Ojciec Narodu”, „Wielki Marszałek”, „Wielki Przywódca”, „Wielki Wódz” Kim Ir-sen. Z polskiej perspektywy wszelkie tytuły Kima mają oczywiście za zadanie ukazanie bogatej tytulatury dla głowy państwa, którą stosują Koreańczycy z Północy. Wszyscy bowiem, którzy znają choć trochę historię „Pustelniczego Królestwa” wiedzą dobrze, kim był hołubiony Generalissimus. Muszę stwierdzić, że Kim Ir-sen na pewno nie kochał wszystkich Koreańczyków, a widać to po powstających za jego życia obozach koncentracyjnych, dyskryminacyjnym systemie stratyfikacyjnym, czystkach w aparacie władzy i armii czy doprowadzaniu kraju do ruiny gospodarczej z ideologicznych względów.

O zmarłych podobno nie można źle mówić (w przypadku Kim Ir-sena ciężko to przychodzi), więc skupmy się na wydarzeniach z tamtych lat. Przed tym smutnym dniem 1994 roku, ogólna sytuacja KRLD nie przedstawiała się zbyt dobrze. Barbara Demick w swojej książce „Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej”, zauważa, że to co działo się tuż przed odejściem Kim Ir-sena było sytuacją równie chaotyczną jak ta, która nastąpiła po zakończeniu wojny koreańskiej w 1953 roku. Wystarczy przywołać takie fakty, jak całkowite załamanie gospodarki, które będzie w następnych latach (w połączeniu z katastrofami naturalnymi) skutkowało śmiercią głodową setek tysięcy Koreańczyków; nawiązanie kontaktów na linii Moskwa-Seul i Pekin-Seul, które rozsierdziły północnokoreański establishment; czy wybór na prezydenta Stanów Zjednoczonych Billa Clintona, który postawił sobie za punkt priorytetowy kwestię demilitaryzacji KRLD.

Podczas upalnego lipcowego dnia, tuż po obiedzie Kim Ir-sen wyczekiwał  na gościa z Republiki Korei w swojej rezydencji położonej w górach niedaleko Pjongjangu. Tym gościem miał być Kim Young-sam, prezydent kapitalistycznej Korei Południowej, z którym spotkanie zostało zaaranżowane przez  byłego prezydenta USA Jimmyego Cartera kilka miesięcy wczesniej. Generalissimusowi nie dane było doczekać tak ważnego mitingu. Po wspominanym obiedzie dostał on rozległego zawału i zmarł w wieku 82 lat. Wszystko miało miejsce 6 lipca, jednak z ujawnieniem informacji zwlekano aż półtorej doby.

Komitet Centralny Partii Pracy Korei, Centralna Komisja Wojskowa Partii, Komisja Obrony Narodowej, Demokratyczny Front na rzecz Zjednoczenia Ojczyzny oraz Najwyższe Zgromadzenie Ludowe KRLD z najgłębszym smutkiem zawiadamiają cały naród Korei Północnej, że Wielki Przywódca Towarzysz Kim Ir Sen, sekretarz generalny Komitetu Centralnego Partii Pracy Korei i prezydent Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej zmarł o godzinie drugiej rano wskutek nagłego ataku choroby.

Nasz ukochany przywódca i ojciec, który całe życie poświęcił sprawie wyzwolenia ludu, do ostatnich chwil walcząc niestrudzenie i ze wszystkich sił o dobro ojczyzny, szczęście narodu, zjednoczenie kraju oraz wyzwolenie świata, pozostawił nas w najgłębszej żałobie.

Taką litanię usłyszeli mieszkańcy KRLD 8 lipca 1994 roku. Ludzie wyszli na ulice i gromadzili się wokół 34 tysięcy posągów Kim Ir-sena rozproszonych po całym państwie, tworząc z nich jeszcze większe miejsca kultu. Jak to w kimirsenowskim socjalizmie, nawet smutku nie można przeżywać samemu. Ludzie wpadli w coś na podobieństwo transu z rozpaczy, ludzie, którzy wylegli na ulice stworzyli wielki tłok. Wokół pomników zaczęły ustawiać się tłumy, które prażyło lipcowe słońce (nie można było mieć parasoli ani kapeluszy), a wiele starszych osób dostało zawałów lub udarów. Barbara Demick następująco opisuje tą sytuację:

Ludzie czekali na swoją kolej w rzędach liczących od dziesięciu do dwudziestu pięciu osób, które jeden po drugim przepuszczano pod pomnik. Zbyt wyczerpanych, by ustać, towarzysze brali pod ręce. Żałobnicy zatrzymywali się prawie u stóp posągu, klękali, dotykali głową bruku, po czym, pełni czci spoglądali w górę (…) Czekający na swoją kolej kołysali się w bólu, uderzali w piersi, zastygali w tragicznych pozach, darli na sobie ubranie, zaciskali pięści w bezsilnym proteście. Mężczyźni lali łzy tak rzęsiście jak kobiety (…) Ludzie prześcigali się w okazywaniu rozpaczy. Kto się zaniesie  najgłośniejszym płaczem? Czyje łzy będą najgorętsze? Wzory czerpali z telewizji, gdzie godzinami pokazywano powszechną żałobę: dorosłych mężczyzn, którzy z policzkami mokrymi od łez walili czołami o drzewa, marynarzy na statkach, bijących głowami o maszty, pilotów łkających w kokpitach. Te niekończące się sceny przeplatano zdjęciami błyskawic i ulewy. Nadszedł Armagedon.

Ciało Kim Ir-sena po złożeniu w Pałacu Kumsusan, źródło: www.washingtonpost.com

Po wydarzeniach z tamtych dni nic już nie było takie same dla Koreańczyków, którzy przechodząc głęboką indoktrynację pokochali Kim Ir-sena jak ojca, a nawet boga. To samo tyczy się sfery polityki w państwie, lecz przejęcie władzy przebiegło wedle zaplanowanego scenariusza. Tutaj nie było przełomu, bo urząd objął przygotowywany od wielu lat syn Generalissimusa Kim Dzong-il i dał wyraz kontynuacji trwania „socjalistycznego raju” i monolitycznego systemu opartego na wodzu. Sami Koreańczycy, bez względu na to czy rzeczywiście czuli rozpacz po zmarłym przywódcy czy też nie, dosłownie „zarażali” się płaczem i rozpaczliwą atmosferą. Żałoba po Kim Ir-senie wprowadziła dziesięciodniowy zakaz picia alkoholu, zabaw tanecznych oraz słuchania muzyki. Kobiety nie mogły się malować, a składanie kwiatów pod pomnikami było obowiązkiem sankcjonowanym karą. Wszystkiego doglądali przewodniczący wspólnot sąsiedzkich.

Rozpacz po śmierci Generalissimusa, źródło: www.images.tmcnet.com

Na koniec warto wspomnieć, że pokłosiem odejścia „Wielkiego Wodza” były także fala samobójstw z rozpaczy. Wielu Koreańczyków było tak głęboko zrozpaczonych odejściem wodza, że targali się na własne życie – połykali duże dawki środków nasennych, głodzili się na śmierć lub skakali z okien. To wszystko obrazuje ogromny poziom indoktrynacji i propagandy, która do dziś ma miejsce w KRLD. Wydarzenia sprzed 20 lat są także dowodem na to, że przy odpowiedniej karności  i wypraniu mózgów w społeczeństwie możliwe jest przemycenie każdych wartości – nawet tych, która każą czuć, że śmierć Kim Ir-sena była porównywalna do śmierci boga-ojca.

 

Do stworzenia niniejszego artykułu wielce przydatne były fragmenty książki B. Demick, Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011.