Tytuł komentarza pochodzi z zamieszczonego na YouTubie filmu, który pokazuje siedmiodniowy wyjazd delegacji belgijskiej do Korei Północnej, gdzie ta jest następnie manipulowana przez władze północnokoreańskie, które pokazują Belgom tylko to, co uważają za właściwe, odwołując lub modyfikując kolejne punkty wycieczki. Film wzbudził dużą dyskusję w Belgii, a członkowie delegacji zostali potępieni przez lokalne elity. Tym razem mamy do czynienia z odwrotną sytuacją, gdzie to właśnie delegacja północnokoreańska, która przyjechała do Korei Południowej z okazji otwarcia i zamknięcia Igrzysk Olimpijskich w Pjongczangu, jest manipulowana przez władze południowokoreańskie, tworzące atmosferę syndromu sztokholmskiego, o czym wspomnę później.

Patrząc na wyniki północnokoreańskich sportowców, wyraźnie można zauważyć, że Igrzyska w Pjongczangu nie były szczytem potencjału sportowego Korei Północnej. Jedyni sportowcy wysłani na Olimpiadę przez Koreę Północną, Ryom Tae-oki i Kim Ju-sik (medaliści Zimowych Igrzysk Azjatyckich z 2017 roku) zakończyli zmagania na 13 miejscu w łyżwiarstwie artystycznym. Bardziej liczył się tutaj wymiar polityczny, o czym wspomnę poniżej.

W przypadku zakończonej właśnie Olimpiady warto podkreślić różnice pomiędzy delegacją obecną podczas ceremonii otwarcia a tą obecną podczas ceremonii zamknięcia. Pierwsza delegacja bardzo wysokiego szczebla przyjechała do Pjongczangu na zaproszenie władz południowokoreańskich. Głównymi postaciami tej delegacji byli Kim Yong-nam (oficjalna głowa państwa i przewodniczący Prezydium Najwyższego Zgromadzenia Ludowego), Kim Jo Dzong (młodsza siostra Kim Dzong Una, dyrektor Partii Pracy Korei), Ri Son-gwon (generał KAL, sekretarz organizacji ds. Pokojowego Zjednoczenia), który reprezentował już 28 razy interesy północnokoreańskie w naradach z Koreą Południową. Napięty program (co ciekawe, przedstawiciele delegacji nie mieli nawet czasu zdjąć okryć wierzchnich przy pierwszym spotkaniu z władzami południowokoreańskimi, które czekały na nich w marynarkach) oraz historyczne spotkanie z Mun Jae-inem prezentowały członków tej delegacji w dobrym świetle. Ba, nikt z jej członków nie jest objęty sankcjami międzynarodowymi. Za to delegacja, która odwiedziła Koreę Południową w dniach 25-27 lutego, była o wiele mniej atrakcyjna. Po pierwsze składała się wyłącznie z oficerów wojskowych. Po drugie, jej przewodniczącym był Kim Yong-chol, owiany złą sławą wojskowy, znany z rzekomej odpowiedzialności za zatopienie południowokoreańskiego statku wojennego Cheonan. Kim Yong-chol, w odróżnieniu od Kim Jo Dzong, nie odwiedził południowokoreańskiego Pałacu Prezydenckiego (tzw. Błekitny Dom, kor. Cheongwadae), spotykając się z południowokoreańskimi politykami w hotelu Walker Hill w Seulu. Mimo że z punktu widzenia protokołu dyplomatycznego jest na niższym poziomie niż Kim Jo Dzong i Kim Yong-nam, to nakłady na jego ochronę były o wiele wyższe.

W składzie obu tych delegacji pojawił się pan Ri Son-gon. Ten oficer wojskowy jest również (choć podobno na mniejszą skalę) zamieszany w zatopienie statku Cheonan. W odróżniueniu od Kim Yong-chol, Ri Son-gwon nie jest objęty sankcjami Amerykańskiego Biura ds. Kontroli Zagranicznych Aktywów (Office of Foreign Asset Control (OFAC)). Kim i Ri są tylko wizytówkami elit północnokoreańskich. Ich rola decyzyjna jest ograniczona. Jak to bywa często w przypadku Korei Północnej, ci, którzy decydują, są zazwyczaj wicedyrektorami danej struktury. W przypadku rozmów z Koreą Południową najbardziej liczą się Maeng Gyong-il, wicedyrektor Frontu Zjednocznenia oraz Jon Jong-su, wiceprzewodniczący Komitetu Pokojowego Zjednoczenia Korei. To oni de facto decydują, na jakie ustępstwa Korea Północna może się godzić, oczywiście za zgodą Kim Dzong Una. Dlaczego wicedyrektorzy są ważniejsi niż przewodniczący organizacji? Przewodniczący mają rolę bardziej symboliczną. Z faktu mianowania Kima i Ri wnioskowałbym, że wojsko wynegocjowało u Kima przywództwo tych organizacji w zamian za wolną rękę w negocjacjach. Maeng i Jon są kadrami partyjnymi, a nie wysoko postawionymi oficerami. Maeng i Jon mogą wydawać się więc ważni na szachownicy politycznej, lecz biorąc pod uwagę historię Korei Północnej, nie jestem przekonany, aby mogli się poczuć bezpieczni w kraju. Już 10 lat temu osoby o podobnej pozycji w establishmencie padały ofiarami czystek (a nawet egzekucji).

Pierwszy z nich to Choi Sung-chol, były zastępca dyrektora Departamentu Zjednoczonego Frontu, zamordowany w 2008 r. Choi został wcześniej wysłany do obozu koncentracyjnego, ponieważ Kim Dzong Il rozgniewał się po niespodziewanym wyniku wyborów na południu, gdyż sądził, że zwycięży w nich lewica. Drugi to Kim Yang-gon, który uległ wypadkowi samochodowemu w grudniu 2015 roku. Takich przypadków istnieje o wiele więcej, więc te dwa przykłady świadczą o kruchości polityków KRL-D. Z drugiej strony warto podkreślić, że zmiany elit i generacji przewodniczących w tym państwie nie zmieniają w dużym stopniu założeń polityki wobec Korei Południowej. Owszem, nowe elity próbują nawiązać jakąś współpracę gospodarczą z Koreą Południową. Jakakolwiek byłaby generacja rządząca, to i tak współpraca zawsze istnieć będzie w cieniu prowokacji północnokoreańskich.

Syndrom sztokholmski, to stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażający się odczuwaniem sympatii do osób je przetrzymujących. Obserwując to, co miało miejsce podczas Olimpiady, można odnieść wrażenie, że władze południowokoreańskie cieszyły się z przybycia północnokoreańskich delegacji. Władze południowokoreańskie kupiły sobie pokój podczas igrzysk zapraszając osoby, które prawdopodobnie popełniały wcześniej zbrodnie przeciwko Korei Południowej. Jak mogły czuć się rodziny osób zabitych podczas zatopienia korwety Cheonan przez armię północnokoreańską, wiedząc, że osoby odpowiedzialne za to siedzą dwa rządy za prezydentem Korei Południowej podczas ceremonii zamknięcia imprezy? Szczerze uważam, że władze południowokoreańskie nie miały wyboru. Warunki te były wymuszone przez władze północnokoreańskie (innym warunkiem było oczywiście zapewnienie pobytu delegacji sportowej i politycznej w Korei Południowej) tak, aby wymusić niezręczność na scenie politycznej. Jak można wyobrazić sobie sytuację, w której człowiek objęty amerykańskimi i południowokoreańskimi sankcjami swobodnie podróżuje do Korei Południowej, i to jeszcze na koszt pokrzywdzonego (a raczej koszt południowokoreańskiego podatnika)?

Być może należy spojrzeć optymistycznie na relacje pomiędzy Koreami? Pierwsza delegacja zasugerowała, że Mun Jae-in został zaproszony do Pjongjangu. O tym oczywiście wspomniano w mediach południowokoreańskich, lecz nie w mediach północnokoreańskich, zarówno w wersji elektronicznej (niedostępnej dla obywateli Korei Północnej), jak i w wersji papierowej, dostępnej dla obywateli Północy. Dlatego więc władze północnokoreańskie dążyły przede wszystkim do ocieplenia swego wizerunku, a nie do wzmocnienia relacji pomiędzy obiema Koreami.

Warto też podkreślić, że Joseph Yun, amerykański wysłannik ds. Korei Północnej, podał się niespodziewanie do dymisji w poniedziałek. Może to być próba destabilizacji władz północnokoreańskich, które za pośrednictwem Kim Yong-chola próbują namówić Stany Zjednoczone do powrotu do negocjacji. Te nie przyjęły zaproszenia i prawdopodobnie tym sposobem chcą zdestabilizować władze północnokoreańskie, które uznają, że Stany nie chcą rozmawiać, a zatem dążą do zaognienia sytuacji na Półwyspie. A to akurat leży w interesie prezydenta Donalda Trumpa.

Zakończenie Igrzysk stawia nas w obliczu wielkiej niewiadomej w sprawie relacji pomiędzy Koreami. Czy będziemy świadkami sytuacji podobnej do tej, która miała miejsce, zanim odbyły się igrzyska, czyli nowych prowokacji ze strony północnokoreańskiej? Myślę, że niestety tak; filar polityki zagranicznej KRL-D to z jednej strony wzmocnienie swego arsenału wojskowego, a z drugiej strony prowokowanie sąsiada z Południa w zamian za daniny finansowe, o których się wspomina oficjalnie. Jeśli władze północnokoreańskie zmienią strategię wobec sąsiada z Południa w ramie czasowej przynajmniej jednego roku, to będzie to oznaczało, że podjęte zostały jakieś decyzje w przywództwie północnokoreańskim, lub że Kim Dzong Un nie do końca panuje nad swoim państwem.

Jest to scenariusz mało prawdopodobny, lecz warto go zaznaczyć.  Zmiana strategii północnokoreańskiej, czyli poszukiwanie nowego kozła ofiarnego, jak na przykład Japonia, może wynikać z tego, że władze północnokoreańskie mogą twierdzić, że mają więcej do stracenia w relacjach z Koreą Południową, niż z Japonią. Korzyści dla Korei Północnej z Japonii, w dobie sankcji, są oparte o potencjalne darowizny pochodzące od członków organizacji pro-północnokoreańskich (takich jak np. Chonggryon), lub z firm japońskich współpracujących z Koreą Północną i nieobjętych sankcjami. Tak jak wspomniałem w komentarzu dla Francuskiego Le Figaro, biorę pod uwagę scenariusz hybrydowy, czyli tymczasowe polepszenie relacji pomiędzy państwami, a w tym samym czasie ewentualność dwóch wariantów. Po pierwsze brak jawnych prowokacji ze strony Północy, a z drugiej strony wystąpienie nowego rodzaju prowokacji, których źródła nie można określić. Mogą to być tradycyjne ataki informatyczne lub na przykład porwanie obywateli na terenie Korei Południowej lub innego państwa.

 

Dr Nicolas Levi