Stosunki polityczne
0

Stosunki Dyplomatyczne między Polską a Koreą Północną – Część 1

W Polsce oraz wielu krajach Zachodu, Korea Północna od lat jest przedstawiania w prasie jako kraj, kojarzący się z absurdalnym komunizmem, w którym codzienność idzie w parze z głodem, chorobami, a także obozami koncentracyjnymi. Z kolei Korea Północna przedstawia siebie jako miejsce, w którym panuje szczęście i  które jest wzorem dla innych krajów. Według Autora KRL-D to kraj, który może przerażać, zaskakiwać jak również wzbudzać odruch sprzeciwu i potępienia.O stosunkach Polski z Koreańską Republiką Ludowo Demokratyczną wiadomo stosunkowo niewiele. Polska polityka zagraniczna zwróciła się w zupełnie innym kierunku, w porównaniu z tym, jaki objęła przed rokiem 1989r. Stosunki z KRLD są jednak kontynuowane, lecz na innych zasadach i warunkach. Wiele umów zostało zmienionych lub unieważnionych. W tej części okres 1948-1989 zostanie opisany.
Zdjęcie: Dom dziecka w Świdrze (dzielnica Otwocka): w tym ośrodku mieszkały sieroty północnokoreańskie w latach pięćdziesiątych

 

 

 

1. Okres 1948-1989

Polska jako pierwsza (zaraz po ZSRR) z bloku socjalistycznych państw Europy Środkowej nawiązała kontakty z KRL-D; tuż po odzyskaniu niepodległości dnia 9 września 1948r. Ich rozpoczęcie miało miejsce 16 października 1948 r. Jednakże ambasadorzy obu tych krajów nie zostali nominowani od razu. PRL nawiązała stosunki dyplomatyczne z KRL-D w kwietniu 1950 r., natomiast wymiana ambasadorów nastąpiła dopiero w 1953 r. W takiej samej sytuacji był Wietnam, gdzie placówki dyplomatyczne zostały otwarte dopiero 4 lata po nawiązaniu kontaktów dyplomatycznych. Należy wskazać na wzrost zainteresowania w Polsce Koreą i poparcia dla ich walk przeciwko wojskom koreańskim z Południa oraz Amerykanami- podczas wojny koreańskiej.

W roku 1953 Polska weszła w skład komisji nadzorującej rozbrojenie Półwyspu Koreańskiego. Wojna koreańska (1950-1953) między Koreami zakończyła się rozejmem podpisanym w Panmundżonie 27 lipca 1953 roku. Powołano dwie międzynarodowe komisje: Komisja Nadzorcza Państw Neutralnych, w skład której wchodzili przedstawiciele Polski, Czechosłowacji, Szwajcarii i Szwecji oraz Komisja Repatriacyjna Państw Neutralnych, do której należały w/w państwa i Indie.

Kazimierz Wróblewski, major Wojska Polskiego, który przebywał w Korei Północnej w latach 1993-1994 i pracował w Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych twierdzi, iż oficjalne kontakty jak i szerszą wiedzę na temat KRL-D mieli szefowie, ich zastępcy i sekretarze Misji Polskiej w KNPN. Uczestniczyli oni w regularnych posiedzeniach KNPN, a także w kontaktach nieoficjalnych. Z nimi kontaktowali się przedstawiciele strony KRL-D. Pozostali członkowie misji zabezpieczali funkcjonowanie misji – logistyka oraz łączność z krajem i ambasadą w Pjongjangu. Wiedza tych drugich ograniczała się do „życia misji”, aczkolwiek – kontakty w strefie wspólnego bezpieczeństwa w Panmundżonie z Amerykanami, Szwedami, Szwajcarami i Koreańczykami z Południa. Odbywały się wspólne spotkania, imprezy, w których uczestniczyły pełne składy misji z wymienionych krajów. Misja Polska zajmowała się analizowaniem sytuacji w KRL-D i na całym półwyspie, ale jej rola była głównie ukierunkowana na zjawiska oraz incydenty w strefie zdemilitaryzowanej. Delegowaniem oficerów (żołnierzy) do KNPN w Korei zajmowała się w Polsce Jednostka Wojskowa 2000, a po jej rozwiązaniu Biuro Attachatów Wojskowych podległe organizacyjnie WSI. Misja Polska w ostatnim okresie, czyli w latach 90 tych liczyła 5-6 osób: cywili tam nie było.

Po ogłoszeniu rozejmu, po wojnie koreańskiej, rząd PRL podjął kolejną uchwałę w sprawie pomocy gospodarczej dla KRL-D, podobnie jak w 1954 r. dla Demokratycznej Republiki Wietnamu. W 1955 r. zbudowany został szpital ortopedyczny w miejscowości Hahnung, który do dnia dzisiejszego jest najlepszym ośrodkiem leczenia ortopedycznego w KRL-D. Aby odbudować państwo północnokoreańskie, Polska skierowała tam wiele grup specjalistów z różnych dziedzin, którzy swoją wiedzę przekazywali Koreańczykom. W Pjongjangu, m. in. przy pomocy polskich specjalistów został odbudowany zakład remontowy parowozów i zakład remontowy wagonów. Polscy specjaliści uczestniczyli również w mechanizacji trzech kopalń węgla kamiennego na terenie Korei Północnej. Wzięli także udział w budowie kopalni Andżu; największym zagłębiu węglowym na terenie całego półwyspu.

Niedługo po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych pomiędzy KRL-D, a Polską rozpoczęła się również wymiana studentów; owi studenci mieli stanowić elitę Korei Północnej, która miała się zająć w przyszłości rządzeniem i odbudową KRL-D. Na początku lat 50-tych w Polsce uczyło się ponad 500 studentów północnokoreańskich, obierali oni głównie kierunki techniczne. Podejmowali naukę w różnych miastach,. Wyliczono, że w roku akademickim 1955-56, w PRL było 575 studiujących obcokrajowców, z czego 367 z Korei Północnej. Studenci z KRL-D, pomimo dobrego poziomu języka polskiego, nie utrzymywali kontaktów z polskimi studentami i zamieszkiwali oddzielnie.

Po zakończeniu wojny koreańskiej propaganda polska często wykorzystywała koreański konflikt jako jawny pretekst do zaatakowania Stanów Zjednoczonych. Celom propagandowym służyło też sprowadzenie 200 sierot od 1951 r., które zamieszkały w polskich domach dziecka; najpierw w Gołotczyźnie, a potem w Świdrze pod Otwockiem. W 1953 r. do wsi Płaskowice, koło Lwówka Śląskiego, przyjechało pociągiem 1270 dzieci. Personel ośrodka, w którym przebywały dzieci, liczył 600 osób, w tym 300 osób kadry pedagogicznej. Do 1959 r. wychowywało się i uczyło w Polsce przeszło 600 koreańskich dzieci. Starsze dzieci podjęły naukę w warszawskich technikach, a duża część trafiła do szkół z internatami w innych miastach. Powstawały o nich książki, wiersze i artykuły. Stały się również celem wycieczek partyjnych aktywistów z całej Polski. W 1956 r. Dom Dziecka w Świdrze odwiedził przywódca Korei Północnej, Kim Ir Sen. Po osiągnięciu pełnoletności młodzi obywatele KRL-D powrócili do swojego kraju. Związali się z Polską pracą w dyplomacji; dzięki znajomości języka polskiego, byli również tłumaczami inżynierów z Polski, którzy pomagali w odbudowie Korei.

1 czerwca 1956 r., Kim Ir Sen na czele oficjalnej delegacji partyjno – rządowej wybrał się w 50-dniową podroż po Związku Radzieckim i wszystkich europejskich krajach demokracji ludowej. Była to najdłuższa zagraniczna podróż Kim Ir Sena i pierwsza tak długa nieobecność przywódcy koreańskiego w kraju. Podróż została zorganizowana i zrealizowana w celu uzyskania środków materialnych do realizacji ambitnych założeń pierwszego planu pięcioletniego KRL-D na lata 1957-1961. Pomiędzy 2 a 7 lipca 1956 r. Kim Ir Sen po raz pierwszy przyjechał z wizytą do Polski. Wyraził on swoje podziękowanie za zaangażowanie i wsparcie oraz poprosił o dalszą pomoc i współpracę przy realizacji strategii gospodarczej KRLD. Podczas swojej wizyty w Polsce, Kim Ir Sen nie osiągnął zwiększenia pomocy materialnej. PRL pod kierownictwem Edwarda Ochaba nie zadeklarowała dodatkowej pomocy dla KRL-D. W innych krajach obozu, wizyta Kima wypadła również poniżej oczekiwań strony północnokoreańskiej.

Początek lat sześćdziesiątych oznaczał zachwianie kontaktów PRL z KRL-D. Główną przyczyną był konflikt pomiędzy ZSRR i ChRL. Korea zaczęła zbliżać się politycznie do Chin i stąd pogarszały się stosunki ze Związkiem Radzieckim a także z krajami Europy Środkowej (oprócz Albanii i Rumunii, które zawsze były bliskie polityce ChRL). Okres, który się rozpoczął w 1960 r. był również symptomem końca pomocy Polski w odbudowie KRL-D. Stąd coraz niższa liczba studentów pochodzących z KRL-D – w roku akademickim 1960/61 z 740 studentów już tylko 108 studentów z KRL-D, a w roku akademickim 1965/66 na 1364 studentów z zagranicy nie było ani jednego pochodzącego z KRL-D. Zakłócenia współpracy naukowo-technicznej pomiędzy Polską a KRL-D zostały w pewnym sensie spowodowane nie tylko zakończeniem udzielania pomocy przez PRL w odbudowie KRL-D, ale przede wszystkim przez brak zaufania władz KRL-D, co do skutecznego kształcenia ideologicznego w Polsce. W 1966 r. została podpisana umowa o powołaniu Polsko-Koreańskiego Towarzystwa Maklerów Okrętowych i została założona Polska Koreańska Spółka Czopol która zajmowała się Morską Logistyką. Celem działalności Towarzystwa była eksploatacja dzierżawionych statków i przewożenie nimi towarów handlu zagranicznego KRL-D. Towarzystwo dysponowało dwoma statkami. Na statkach pływała mieszana załoga Polsko Koreańska. Spółka m. in. miała transportować Koks i Magnezyt pochodzący z KRL-D.

Kontakty między krajami polepszyły się w następnym okresie i zaowocowały drugą wizytą prezydenta, Kim Ir Sena w Polsce, która odbyła się 27 – 29 maja 1984 r. Doszło do dwóch spotkań między przywódcą KRL-D i I Sekretarzem KC PZPR, Wojciechem Jaruzelskim. Kim Ir Sen wspomniał podczas jego wizyty o kryzysie wywołanym przez ruch „Solidarność”. Komentując to, stwierdził, że naród polski przeżył tymczasowy kryzys wywołany przez wywrotową, antysocjalistyczną działalność prowadzoną przez imperialistów i wewnętrzne siły antyrewolucyjne. Pochwalił również osiągnięcia PZPR i rządu za stłumienie ruchów kontrrewolucyjnych. Wypowiedzi Kim Ir Sena kontrastowały z przemówieniami Jaruzelskiego, które oskarżały amerykański imperializm. Mimo, że przywódca Korei Północnej okazał zadowolenie z osiągnięcia całkowitej jednomyślności w spojrzeniu na dyskutowane zagadnienia, a także z tego, że jego wizyta w Polsce przyniosła wspaniałe efekty, to jednak pewne delikatne różnice pojawiły się w sferze polityki zagranicznej obu krajów. Jaruzelski nie wspomniał ani słowem o rozmowach trójstronnych pomiędzy KRL-D, Republiką Korei a Stanami Zjednoczonymi., natomiast Kim Ir Sen stwierdził: „Aktywnie popieraliście projekt nowego traktatu pokojowego, stworzony podczas rozmów trójstronnych”. Zdaje się, że Polska pod wpływem ZSRR nie udzieliła poparcia północnokoreańskiemu projektowi.

Podróż Kim Ir Sena do Polski nie przyniosła żadnych konkretnych efektów, z wyjątkiem poparcia PRL dla  KRL-D w sprawie wycofania wojsk amerykańskich z Półwyspu Koreańskiego. Polska nie chciała ogłaszać poparcia dla rozmów trójstronnych, Kim Ir Senowi nie spodobało się natomiast stwierdzenie o „pokojowym współistnieniu krajów o różnych systemach społeczno – politycznych”. Poza tym władza polska chciała prawdopodobnie uniknąć krytyki „Solidarności”, natomiast Korea Północna była wobec niej bardzo krytyczna.

Na zaproszenie Kim Ir Sena, Wojciech Jaruzelski przyjechał z rewizytą do Pjongjangu. Przebywał on w KRL-D od 24 do 28 września. 1986 r.. Podczas wizyty podkreślono szczególnie znaczenie zacieśnienia współpracy między PZPR i PPK. Wyrażone zostało zadowolenie z wyników realizacji ustaleń przyjętych w maju 1984 r. podczas wizyty Kim Ir Sena w Polsce. Oceniono pozytywnie pomyślne wykonanie założeń wieloletniej umowy handlowej i osiągnięcie równowagi w bilansie płatniczym oraz podpisania w 1985 r. nowego pięcioletniego porozumienia zakładającego wzrost obrotów towarowych między krajami.

0

Rosja nie sprzeda broni Korei Północnej

Jak podaje dziennik „Rzeczpospolita” prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew wydał dekret zakazujący handlu bronią z Koreą Północną w ramach sankcji uchwalony przeciwko Pjongjangowi w czerwcu 2009 roku przez Radę Bezpieczeństwa ONZ.

Zakaz dotyczy wszystkich przedsiębiorców działających na terenie Rosji. Z Koreą Północną nie można handlować (importować i eksportować) zarówno broni, jak i podzespołów do jej produkcji. Przez Rosję nie można także transportować broni, która ma trafić na północnokoreański rynek. „Rosja organizuje zaostrzoną kontrolę, aby zapobiec wszystkim operacjom tego typu, które nie są zgodne z rosyjskim prawem” – podkreślono w tekście dekretu.

 

 

Całość artykułu znajdą Państwo tutaj.

0

O co chodzi z Kim Jong Ilem ?

Czy obecny przywódca Korei Północnej, Kim Jong Il żyje ? Czy przybędzie z oficjalną wizytą do Chin w najbliższych tygodniach i czy powinien się pokazywać ? Na te pytania spróbujemy dzisiaj odpowiedzieć.

Powyżej Kim Jong Il, a obok niego po lewej stronie O Kuk Ryol, numer dwa Korei Północnej. Po prawej stronie nieznany dygnitarz

 

Media południowokoreańskie obecnie spekulują na temat następnej wizyty Kim Jong Ila w Chinach. Czy odbędzie się w ogóle, a jeśli tak to kiedy?

W ubiegłym roku, różni dygnitarze Korei Północnej przebywali w Chinach, wśród nich m.in. Ju Sang Jong, U Dong Juk, Kim Yong Il a nawet syn Kim Jong Ila, Kim Jong Un. Wszyscy mieli spotykać się z urzędnikami Komunistycznej Partii Chin, żeby przygotować wizytę chorującego przywódcy Korei Północnej.

Na dzień dzisiejszy nie wiadomo, czy Kim Jong Il przybędzie. Radio Free Asia twierdziło, że wizyta ma odbyć się już na początku stycznia.  Jednak dopiero 29 marca 2010 r. miał spotkać się z nowym ambasadorem Chin w Pjongjangu, z którym miał omówić szczegóły swojej wizyty.

W interesie Korei Północnej leży, żeby Kim Jong Il lub jego sobowtór pokazał się w Chinach. W takim przypadku zagraniczni obserwatorzy nadal będą błędnie twierdzić, że z Kim Jong Ilem jest wszystko w porządku. Analitycy zachodni, obserwując zdjęcie północnokoreańskiej agencji prasowej bardzo często zapominają o tym, że nie zawsze widzą samego Kim Jong Ila, tylko jego sobowtóra.

W takim razie, jak rozpoznać Kim Jong Ila? Autor poniższego opracowania bardzo często obserwuje nie tylko fryzurę Kim Jong Ila, ale i również jego buty. Zazwyczaj północnokoreański przywódca nosi buty z obcasem (jak prezydent Francji: Nicolas Sarkozy). Powszechnie wiadomym jest, że ma Kim ma kompleks z powodu niskiego wzrostu. Kiedy widać, że „Kim Jong Il” nie ma na sobie takich butów to oznacza, że mamy do czynienia z sobowtórem. Analitycy obserwują także dłonie wodza. Niektórzy obserwatorzy twierdzą, że Kim Jong Il ma problemy z nerkami, ponieważ ma dłonie bardzo ciemne, a paznokcie jasne. Może to być jednak  strategia północnokoreańska, żeby media i analitycy interesowali się Kim Jong Ilem, a nie innymi sprawami powiązanymi z Koreą Północną. Równolegle, pod auspicjami numer dwa Korei Północnej, O Kuk Ryola, rozbudowywane są nowe szkoły wojskowe, a wojsko północnokoreańskie ciągle się modernizuje. Dlatego warto też zaobserwować otoczenie ‚Kim Jong Ila’ podczas jego wizyty w Chinach, żeby sprawdzić kto rządzi Koreą Północną. O ile rzecz jasna widoczni urzędnicy nie będą tylko marionetkami prawdziwych osób, które mają realną władzę. Tego też nie można wykluczyć.

Nie wiadomo czy Kim Jong Il żyje, ponieważ od jakiegoś czasu jest niewidoczny na arenie publicznej. Najważniejsze, że żyje w oczach analityków, którzy za bardzo skupiają się wyłącznie na nim, zamiast na północnokoreańskich elitach.. Czy w następnych miesiącach przedstawiciele tych elit będą wciąż żyć nie jest pewne, biorąc pod uwagę  przypadek Paka Nam Ki, ale to już inna historia…

Powyższy tekst nie wyraża opinii redakcji portalu, lecz opinię autora. Jeśli się z nim nie zgadzasz zachęcamy do polemiki, którą chętnie opublikujemy na naszej stronie.

0

Analizując politykę Chin wobec Korei Północnej

Jedną z kwestii jaką prezydent USA nieuchronnie będzie omawiał kiedy odwiedzi Chiny w przyszłym tygodniu są stojące w miejscu rozmowy sześciostronne zmierzające do rozwiązania północnokoreańskiego kryzysu nuklearnego.

Być może najważniejszą różnicą między porozumieniem ramowym z 1994 roku, które rozwiązało kryzys nuklearny lat 1992-94 a obecnymi rozmowami sześiostronnymi jest to, że Chińska Republika Ludowa jest znacznie bardziej zaangażowana we wsparcie tego drugiego procesu. Chińscy decydenci początkowo promowali rozmowy sześciostronne głównie jako środek zapobiegający przyjęciu przez Waszyngton bardziej przymusowych środków – czy to ostrych sankcji czy ataków militarnych – wobec Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Z czasem chiński rząd znalazł własny interes w pomyślnym zakończeniu rozmów, jak również w utrzymywaniu płynności procesu negocjacyjnego.

 

 

Z perspektywy Pekinu, trwałe i całościowe porozumienie w ramach procesu sześciostronnego służyłoby wielu interesom. Obejmują one wyeliminowanie problemów, które północnokoreański arsenał nuklearny stwarzałby dla Chin; zmniejszenie zagrożenia amerykańskiej interwencji militarnej w państwie ościennym ChRL; zapewnienie gospodarczego i innego wsparcia dla Pjongjangu, mogącego pomóc w uniknięciu upadku północnokoreańskiego państwa u wrót Chin; oraz przyczynienie się do wzmocnienia percepcji Pekinu jako zaangażowanego i wpływowego udziałowca w bezpieczeństwie regionalnym.

Jakikolwiek będzie ostateczny rezultat, decydująca rola Chin w rozmowach sześciostronnych podniosła ich status międzynarodowy, nawet jeśli chińscy oficjele z ostrożnością charakteryzują rozmowy jako proces „win-win”, w którym wszystkie strony angażują się i odnoszą korzyści. Postawa Chin szczególnie przysporzyła Pekinowi wyraźnego poparcia publicznego w Korei Południowej, dla której Chiny stały się wiodącym partnerem handlowym.

Amerykańscy i inni obserwatorzy uważają zapewnienie poparcia Pekinu za niezbędne dla wywarcia wpływu na KRL-D, gdyż ChRL jest najważniejszym sojusznikiem zagranicznym Pjongjangu. Chińscy oficjele utrzymują, że podczas gdy wpływ ChRL na politykę KRL-D jest większy niż jakiegokolwiek innego rządu, wciąż jest skromny biorąc pod uwagę niewzruszone prowadzenie przez Koreę Północną polityki niezależności. Co ironiczne, ta percepcja wpływu Chin mogła zachęcić Pekin do zmniejszenia presji na Pjongjang w celu utrzymania dobrych stosunków z KRL-D.

Twardsza postawa chińska wobec Pjongjangu z pewnością zaowocowałaby pewną wdzięcznością USA. Ale jeśli kosztem byłaby izolacja KRL-D, niosłaby ryzyko podważenia wartości Chin dla Waszyngtonu i innych partnerów w odniesieniu do Korei Północnej. Odwrotnie, podczas gdy amerykańscy przedstawiciele mogą krytykować Pekin za niewystarczające naciskanie na KRL-D by porzuciła broń jądrową, chińscy i amerykańscy przedstawiciele nie pozwalają by różnice te naraziły na szwank ich całościowe stosunki bilateralne.

Chińscy decydenci sprzeciwiają się uzyskaniu przez Koreę Północną broni jądrowej, ponieważ taki obrót spraw mógłby skłonić Koreę Południową, Japonię a nawet Tajwan do budowy ich własnych sił nuklearnych – broni, która w pewnych wyjątkowych okolicznościach mogłaby być użyta przeciw Pekinowi tak samo jak przeciw Pjongjangowi. Niektórzy chińscy przywódcy, przywołując historię stosunków kraju z Rosją i Wietnamem, obawiają się, że KRL-D mogłaby nawet grozić użyciem broni jądrowej przeciw Chinom w jakimś przyszłym sporze. Co więcej, decydenci ChRL przypuszczalnie chcieliby także uniknąć negatywnej reakcji w Waszyngtonie i innych stolicach, która zaistniałaby gdyby Pjongjang dokonał transferu materiałów i technologii pierwotnie dostarczonych przez Chiny do państw trzecich. Korea Północna już wymieniała się artykułami przydatnymi w rozwoju broni masowej zagłady i rakiet balistycznych z Pakistanem, innym chińskim sojusznikiem, a także z Syrią i innymi państwami, dążącymi do posiadania broni jądrowej.

Chińscy przywódcy obawiają się też, że ostentacyjne pokazy ulepszanych zdolności rakietowych i nuklearnych przez Koreę Północną jeszcze bardziej zachęcą Stany Zjednoczone, Japonię, Tajwan i inne państwa do rozwoju obrony przeciwrakietowej, która z kolei osłabi efektywność arsenału rakietowego Pekinu. Coraz większa i coraz bardziej zaawansowana flota rakietowa Chin stanowi centralny element jej strategii bezpieczeństwa narodowego.

Biorą pod uwagę te obawy, nieposłuszeństwo Kim Jong Ila wobec ostrzeżeń Pekinu przed przetestowaniem broni jądrowej w październiku 2006 roku, niewątpliwie rozzłościło chińskich przywódców. W reakcji Chińczycy przeprowadzili upublicznione inspekcje transportów transgranicznych i skierowali do Pjongjangu wysłannika z zadaniem przywrócenia Kim Jong Ila do porządku.

Mimo to, chiński rząd nigdy nie przyjął żądanego przez USA celu „kompletnego, weryfikowalnego i nieodwracalnego rozbrojenia”, przynajmniej jako celu krótkoterminowego. Chińscy oficjele generalnie przedstawiają zakończenie programu broni jądrowej KRL-D jako cel długoterminowy. Dla Pekinu może to wymagać zaakceptowania kontynuacji przez Pjongjang pewnych działań nuklearnych, nawet jeśli ich skutkiem mogłoby być utrzymanie przez KRL-D co najmniej ograniczonej, ukrytej zdolności do produkcji broni jądrowej. Chińscy oficjele argumentują też, że Stany Zjednoczone i inne państwa będą musiały raczej poczynić dodatkowe koncesje pod adresem Pjongjangu by zapewnić sobie denuklearyzację Korei Północnej, niż oczekiwać, że Korea Północna się rozbroi, przed otrzymaniem jakichkolwiek profitów.

Pomimo ich irytacji na północnokoreański reżim, większość chińskich oficjeli wydaje się bardziej zatroskana potencjalnym upadkiem państwa północnokoreańskiego niż jego nieprzejednaniem w kwestii nuklearnej. Przedstawiają oni Pjongjang raczej nie jako zbójecki reżim uzbrojony w broń atomową, a bardziej jako potencjalne upadłe państwo, które przeżywa katastrofę humanitarną. Chińscy decydenci obawiają się, że dezintegracja Korei Północnej mogłaby wywołać rozległe zaburzenia gospodarcze w Azji Wschodniej; stworzyć dużą falę uchodźców poza jej granicami; osłabić wpływy Chin na Półwyspie Koreańskim przez zakończenie unikalnego statusu Pekinu jako interlokutora z Pjongjangiem, pozwolić wojsku amerykańskiemu na skoncentrowanie potencjału militarnego na innych terytoriach (np. Tajwan); i potencjalnie usunąć bufor oddzielający chińskie granice od amerykańskich sił lądowych (gdyby US Army rozmieściła swoje jednostki w Północnej Korei). W najgorszym razie upadek KRL-D mógłby doprowadzić do konfliktu zbrojnego i rozruchów społecznych na półwyspie, co mogłoby przenieść się na terytorium chińskie.

Dlatego decydenci ChRL konsekwentnie sprzeciwiają się akcji militarnej czy ostrym sankcjom ekonomicznym, które mogłyby grozić niestabilnością na Półwyspie Koreeańskim. Starają się także umniejszać obawy o zakres programu nuklearnego Korei Północnej oraz o udział KRL-D w proliferacji technologii nuklearnej i broni masowego rażenia do państw trzecich. Od samego rozpoczęcia rozmów chińscy oficjele nalegają, że wszyscy „powinni uznać, że Korea Północna ma uprawnione obawy o bezpieczeństwo” i że niezbędne jest „kontynuować dialog i wykazywać więcej cierpliwości by zapewnić, że Półwysep Koreański będzie wolny od broni jądrowej.”

Pekin pragnie zmiany zachowania Pjongjangu, ale nie zmiany reżimu. Pomimo frustracji na Kim Jong Ila, chińscy decydenci wydają się pogodzeni z koniecznością układania się z jego przywództwem w chwili obecnej, zarazem mając nadzieję, że bardziej usłużny reżim pojawi się kiedyś w Pjongjangu. Tymczasem Chiny dalej dostarczają KRL-D niezbędnej żywności, broni i innego wsparcia ekonomicznego i politycznego.

Z perspektywy Pekinu optymalnym rezultatem byłoby wyrzeczenie się przez północnokoreański reżim swojej broni jądrowej i złagodzenie polityki zagranicznej i obronnej w zamian za gwarancje bezpieczeństwa, pomoc gospodarczą i dyplomatyczną akceptację przez resztę społeczności międzynarodowej. Takie łagodne wyjście służyłoby wielu interesom Pekinu – jak również USA i ich partnerów – a zarazem unikało budzących obaw konsekwencji nagłej zmiany reżimu. Niestety dla prezydenta Obamy, chiński rząd jest gotów podjąć tylko ograniczone kroki w dążeniu do tego celu, zostawiając Obamie i jego ekipie przyjęcie głównego ciężaru rozwiązywania północnokoreańskiego kryzysu nuklearnego.

 

Richard Weitz jest senior fellow w Hudson Institute i starszym redaktorem World Politics Review. Jego cotygodniowy felieton w WPR, Global Insights, jest publikowany w każdy wtorek.

 

 

0

Komentarz „Polityki” na reakcje portalu www.pukhan.pl dotyczącego artykułu „Półwysep nie na pół”

Reakcja Pana Jędrzeja Winieckiego, dziennikarza tygodnika „Polityka” na wypowiedż Nicolasa Levi:

 

 

Bardzo dziękuję, że za uwagi do artykułu „Półwysep nie na pół”. Pisze Pan, że „krew Pana zalała”, ale odnoszę wrażenie, że mamy na sprawę dość zbliżony pogląd. Raport banku Goldman Sachs jest ostatnią opublikowaną i szeroko dyskutowaną próbą oszacowania możliwości stojących przed zjednoczoną Koreą, stąd przywołałem ją w tekście. Podobnie jak Pan uważam, że zjednoczenie byłoby przedsięwzięciem niezwykle trudnym, ale – w przeciwieństwie do Pana – zachowuje więcej optymizmu: zjednoczenie, szczególnie polityczne, jest możliwe i to bez konieczności natychmiastowego przeszczepienia południowokoreańskiego poziomu życia na Północ.

Podobnie jak Pan, nie uważam, że zjednoczenie odpędzie się rychło, nie wiem, czy kiedykolwiek nastąpi. Mogę się jedynie spodziewać, jakie przyniosłoby skutki. Swoją drogą, nawet silne wewnętrzne przekonanie, że pewne zdarzenia nie są możliwe, nie dyskwalifikują rozważań przeciwnych i rozpatrzenia wariantów, których spełnienie wykluczamy. Gratuluję zainteresowań i strony, będę tam zaglądał.

 

 

A na przypomnienie, reakcje Nicolasa Levi

Krew mnie zalewa, kiedy czytam taki artykuł.

Zjednoczenie Korei jest w ogóle niemożliwe. A to, że „Ekonomiści G. Sachs” interesują się Półwyspem to o niczym nie świadczy. Czy ci ekonomiści byli tam ? A jeśli tak, to na pewno nie wszędzie, bo 30% kraju jest w ogóle niedostępne dla obcokrajowców. Zjednoczenie byłoby jedynie możliwe, jeśli reżim na Północy przestałby istnieć. A żeby doprowadzić do tego, to najpierw kraj musi się zjednoczyć.
A kto chce zjednoczenia ? Nikt ! Na pewno nie Chiny, które boją się zostać zalane przez Koreańczyków, którzy by uciekli na północ ChRL, co spowodowałoby utworzenie na tych terenach „drugiego Tybetu”. Koszty utrzymania uchodźców byłyby większe, niż 2 mld $, które zostały przekazane Korei Północnej przez Chiny.
Nie wystarcza pracować w G. Sachs, żeby być specjalistą, czego dowodem jest fakt, że agencjom ratingowym nie udało się przewidzieć kryzysu międzynarodowego.
Czy w Korei Południowej ktoś chce zjednoczenia ? Nikt nie chce i nikomu nie jest ono potrzebne. Jedynymi potencjalnymi zainteresowanymi zjednoczeniem są ci, którzy mają rodziny na północnej części Półwyspu. Czy ci z Północy mogą się zaadaptować do wartości południowokoreańskich ? Raczej jest to niemożliwe. Ośrodek Hanawon, gdzie przebywają uchodźcy z KRL-D (jest ich obecnie około 12 tyś w Korei Południowej) nie wie jak szkolić biednych uciekinierów, którzy nie wiedzą nawet czym jest karta kredytowa itp.
Kogo winić w takim razie za taki stan rzeczy? Na to pytanie odpowiemy sobie kiedy indziej.

Poniżej artykuł opublikowany w Polityce 16 stycznia 2010 r., „Półwysep nie na pół”

 

Tekst – Półwysep nie na pół-

 

Dwie Koree: rojenia o zjednoczeniu

 

Korea prześcignie Francję, Niemcy, Japonię. Będzie nowym azjatyckim mocarstwem. Pod jednym warunkiem: musi się zjednoczyć.

 

Droga do zjednoczenia już jest, i to dosłownie. Od rogatek stolicy Seulu na północ wiedzie nowoczesna autostrada. Komfortowa. Po cztery pasy w każdą stronę. I nazywa się Droga Zjednoczenia. Tyle że prawie pusta, bo donikąd: kończy się betonowymi zaporami strefy zdemilitaryzowanej, która od blisko 60 lat oddziela zwaśnione państwa.

 

Ale wyobraźmy sobie, że jest wiosna 2016 r. W Pjongjangu (inaczej Phenian), stolicy Korei Płn., umiera 75-letni schorowany Kim Dzong II. Zgodnie ze scenariuszem sukcesji, następcą zostaje najmłodszy syn umiłowanego przywódcy, wychowany w szwajcarskiej szkole, niegdyś fan rapu, 33-letni Kim Dzong Un. Tym samym tradycji staje się zadość, dynastia Kimów utrzymuje się przy władzy, a partyjni i wojskowi dygnitarze dostają gwarancję zachowania dotychczasowych przywilejów. Ale nie wszyscy są zadowoleni. Zamieszanie wywołane śmiercią starego Kima wykorzystuje grupa wysokich rangą funkcjonariuszy służb specjalnych, postępowych wojskowych, urzędników zajmujących się handlem zagranicznym i dyplomatów.

 

Chiński wzór

 

Po kilkugodzinnym niemal bezkrwawym zamachu stanu opanowują urzędy centralne. To wystarcza, by przejąć kontrolę nad całym państwem. Idzie im gładko, tym bardziej że armia nie opuszcza koszar, bo generałowie, widząc klęskę reżimu, tylko obserwują rozwój wypadków i ani myślą narazić się nowej ekipie. Nie reaguje także społeczeństwo, które o zmianie władzy nic jeszcze nie wie. Tymczasem niedoszły wódz wychodzi z przewrotu cało, zostaje odeskortowany na stołeczne lotnisko, skąd odlatuje do Chin. W niedalekiej przyszłości zajmie się tam prowadzeniem interesów, napisze książkę o ojcu i dziadku, spisze także pamiętniki, a amerykańskiej wytwórni filmowej sprzeda prawa do opowieści o własnym upadku.

 

Zamachowcom nie chodzi o ideały. Wiedzą, że gospodarka jest w opłakanym stanie, a ludzie głodują, ale ich interesują przede wszystkim własne kariery. W północnokoreańskim skansenie nie rozwiną skrzydeł i nie zarobią dużych pieniędzy. Mają receptę na sukces: chcą wymienić kierownictwo partii, a Koreę Płn. otworzyć na świat, rzucić w wir globalizacji, a dokładniej – wprowadzić w kraju kapitalizm na wzór chiński. Zdają sobie sprawę, że powtórzenie sukcesu wielkiego sąsiada nie będzie możliwe bez wsparcia z zewnątrz, ktoś za otwarcie kraju będzie musiał zapłacić. Dlatego nowy rząd Północy składa ziomkom z Południa propozycję unii.

 

Delegaci Pjongjangu nie jadą do Seulu z pustymi rękami – proponują wojskowe technologie nuklearne, posłuszeństwo ponadmilionowej armii, usługi rozwiniętej siatki wywiadowczej, możliwość eksploatacji bogactw naturalnych, których los poskąpił Południu. W zamian za przymknięcie oka na północnokoreańskie zbrodnie i pomoc w podźwignięciu zrujnowanego kraju oferują pokój, zakończenie wojny trwającej od połowy ubiegłego wieku. Oczywiście Seul uznaje ofertę unii za atrakcyjną. Na kilkadziesiąt następnych lat nadaje Północy status terytorium specjalnego – od teraz Północ będzie koreańskim odpowiednikiem Hongkongu, z własnym samorządem, pewnie nadal komunistycznym, pozbawionym wpływu na politykę zagraniczną i obronną nowego, wspólnego państwa.

 

Dobry interes

 

Zjednoczenie Korei to dziś fantazja, ale nie tak odległa, by nie zajął się nią bank inwestycyjny Goldman Sachs. Analitykom wyszło, że przed połączoną gospodarką koreańską rysują się fantastyczne perspektywy – będzie potrzebowała jedynie 30, góra 40 lat, by przegonić Francję, Niemcy, a nawet Japonię. Z kolei ekonomiści seulskiego instytutu finansów publicznych policzyli całościowy koszt zjednoczenia dla południowokoreańskiego podatnika. W pierwszej dekadzie walka z zacofaniem Północy będzie pochłaniać aż 12 proc. rocznego budżetu Południa. Potem wydatki zaczną maleć, a całe zjednoczenie będzie kosztować około 1 bln dol. Sporo, ale to nadal dwa razy mniej niż zjednoczenie Niemiec. Połączenie nie będzie tak gwałtowne, inaczej niż w Niemczech, będzie to marsz rozłożony na kilka dekad.

 

Zjednoczenie to może być dobry interes. Nie dość, że Południe kupi od Północy pokój i bombę atomową, to jeszcze zyska dostęp do kilkunastu milionów zdyscyplinowanych robotników, gotowych pracować za groszowe stawki i mówiących po koreańsku. Na Dalekim Wschodzie coraz trudniej o naprawdę tanią siłę roboczą, nawet chińska zaczyna uchodzić za nieznośnie drogą. W poszukiwaniu niższych płac i ulg podatkowych także koreańscy inwestorzy coraz częściej zapuszczają się w głąb Państwa Środka. Gdyby doszło do zjednoczenia, nie musieliby stawiać fabryk za granicą.

 

Część południowych koncernów już teraz inwestuje na Północy. W 2004 r. w prowincji Kaesong, sąsiadującej od północy przez granicę z prowincją Paju, otwarto specjalną strefę ekonomiczną, którą zawiaduje spółka należąca do Hyundaia. Strefa to główne źródło dewiz komunistycznego reżimu w Pyongyangu. W 2012 r. ma w niej pracować 750 tys. osób, ale póki co, sto południowokoreańskich firm zatrudnia tam 40 tys. robotników. Płacą im około 70 dol. miesięcznie, dwa razy mniej niż w Chinach i aż 30 razy mniej niż w Korei Płd. Korzystają nie tylko Koreańczycy: jesienią było głośno o szwedzkiej firmie produkującej dżinsy, których jedynym wyróżnikiem było miejsce produkcji. Mają mało oryginalny fason, dostępne są tylko w kolorze czarnym, gdyż niebieski dżins uchodzi w Korei Płn. za wymysł imperialistyczny.

 

Optymiści uważają, że Korea Płn. może szybko zasypać przepaść cywilizacyjną. Przypominają, że na Półwyspie Koreańskim już raz zdarzył się podobny cud, tyle że na Południu, które z kraju potwornie biednego za życia jednego pokolenia wyrosło na 14 potęgę gospodarczą świata. Nic nie stoi na przeszkodzie, by ten wyczyn powtórzyć na Północy, tym bardziej że jej mieszkańcy mają kontakt z namiastką kapitalizmu. Na granicy z Chinami kwitnie kontrabanda, dobrze ma się czarny rynek, bo w miastach to targowiska są głównym źródłem zaopatrzenia w żywność. Państwowy system rozdziału nie wystarcza, więc rządzący komuniści godzą się na bazarową prywatną inicjatywę. Ale i ciągle z nią walczą. W grudniu zeszłego roku Kim Dzong Il zarządził rabunkową denominację, wymierzoną w spekulantów i drobnych handlarzy, którzy wzbogacali się na pełzającej rewolucji wolnorynkowej.

 

Dwie planety, dwa strachy

 

Zjednoczenie zgrabnie wypada w wyliczeniach księgowych, ale nie byłoby łatwe. W latach 90. południowokoreańscy naukowcy i pracownicy ministerstwa zjednoczenia (tak, jest tu takie) tłumnie pielgrzymowali do Niemiec, by wybadać, czy niemiecki model da się powtórzyć w Korei. Orzekli, że powtórka jest wykluczona. Na Półwyspie Koreańskim zaczęła się już siódma dekada podziału (liczona od początku wojny), w Niemczech rozwód trwał kilkanaście lat krócej. I różnice między wschodnimi i zachodnimi Niemcami nie były tak olbrzymie jak między Koreami: w 1990 r. RFN była ledwie trzy razy zamożniejsza od NRD. W Korei ta proporcja wynosi 1:20!

 

W jednoczących się Niemczech po obu stronach granicy żyli ludzie, którzy nieźle się znali, tymczasem w Korei powoli odchodzi ostanie pokolenie, które pamięta się jeszcze sprzed wojny koreańskiej (1950–1953). Nic więc dziwnego, że najmłodsze pokolenie południowych Koreańczyków traktuje ubożuchnych kuzynów z Północy jak groźnych mieszkańców odległej planety, a na co dzień ma ich w nosie. Zjednoczenie pozostaje oficjalnym celem politycznym Południa, ale poparcie dla tej operacji spada z 91,6 proc. w 1994 r. do około 60 proc. dziś, na dodatek prawie jedna piąta Koreańczyków z Południa zdecydowanie się zjednoczeniu sprzeciwia.

 

Obawy budzi tsunami migracji, które przelałoby się przez półwysep, choć eksperci uspokajają, że jeśli Północy zapewni się atrakcyjne warunki rozwoju, odpływ stamtąd nie powinien być duży. Natomiast wielce prawdopodobna byłaby dyskryminacja mieszkańców Północy, większość z nich nigdy nie korzystała z komputera, a musieliby integrować się z jednym z najbardziej skomputeryzowanych społeczeństw świata. Nie wiadomo także, co po ewentualnym połączeniu zrobić ze spuścizną komunizmu, ani jak uporać się z rozliczeniem zbrodni reżimu. A trzeba pamiętać, że zjednoczenie nie byłoby tylko wewnątrzkoreańskim problemem.

 

Trudno oczekiwać, że Chiny, Japonia, Rosja, a nawet bliski sojusznik Korei Płd. – USA bezczynnie asystowałyby przy narodzinach giganta gospodarczego i technologicznego dysponującego bronią atomową. Zniknięcie Korei Płn. nie leży w interesie Chin i Rosji, jej możnych protektorów. Z kolei bardzo silna Korea to także zmartwienie Japonii, która patrzy na obie Koree, jak kiedyś Francja na Niemcy – dobrze, że są dwa państwa, a nie jedno. Strachy są po obu stronach, według sondażu opinii z grudnia zeszłego roku grubo ponad jedna trzecia Koreańczyków z Południa właśnie Japonię uważa za największego wroga, w zbiorowej koreańskiej pamięci Japonia zapisała się brutalną okupacją z pierwszej połowy XX w. Na Południu znacznie mniej osób obawia się reżimu Kim Dzong Ila. Zaskakujące, prawda?

 

Artykuł ukazał się w “Polityce“. Jego autorem jest Jędrzej Winiecki.

0

Komentarz do tekstu „Półwysep nie na pół” , „Polityka”, 16 stycznia 2010

Krew mnie zalewa, kiedy czytam taki artykuł.

Zjednoczenie Korei jest w ogóle niemożliwe. A to, że „Ekonomiści G. Sachs” interesują się Półwyspem to o niczym nie świadczy. Czy ci ekonomiści byli tam ? A jeśli tak, to na pewno nie wszędzie, bo 30% kraju jest w ogóle niedostępne dla obcokrajowców. Zjednoczenie byłoby jedynie możliwe, jeśli reżim na Północy przestałby istnieć. A żeby doprowadzić do tego, to najpierw kraj musi się zjednoczyć.
A kto chce zjednoczenia ? Nikt ! Na pewno nie Chiny, które boją się zostać zalane przez Koreańczyków, którzy by uciekli na północ ChRL, co spowodowałoby utworzenie na tych terenach „drugiego Tybetu”. Koszty utrzymania uchodźców byłyby większe, niż 2 mld $, które zostały przekazane Korei Północnej przez Chiny.
Nie wystarcza pracować w G. Sachs, żeby być specjalistą, czego dowodem jest fakt, że agencjom ratingowym nie udało się przewidzieć kryzysu międzynarodowego.
Czy w Korei Południowej ktoś chce zjednoczenia ? Nikt nie chce i nikomu nie jest ono potrzebne. Jedynymi potencjalnymi zainteresowanymi zjednoczeniem są ci, którzy mają rodziny na północnej części Półwyspu. Czy ci z Północy mogą się zaadaptować do wartości południowokoreańskich ? Raczej jest to niemożliwe. Ośrodek Hanawon, gdzie przebywają uchodźcy z KRL-D (jest ich obecnie około 12 tyś w Korei Południowej) nie wie jak szkolić biednych uciekinierów, którzy nie wiedzą nawet czym jest karta kredytowa itp.
Kogo winić w takim razie za taki stan rzeczy? Na to pytanie odpowiemy sobie kiedy indziej.

 

Tekst – Półwysep nie na pół-

 

Dwie Koree: rojenia o zjednoczeniu

 

Korea prześcignie Francję, Niemcy, Japonię. Będzie nowym azjatyckim mocarstwem. Pod jednym warunkiem: musi się zjednoczyć.

 

 

Droga do zjednoczenia już jest, i to dosłownie. Od rogatek stolicy Seulu na północ wiedzie nowoczesna autostrada. Komfortowa. Po cztery pasy w każdą stronę. I nazywa się Droga Zjednoczenia. Tyle że prawie pusta, bo donikąd: kończy się betonowymi zaporami strefy zdemilitaryzowanej, która od blisko 60 lat oddziela zwaśnione państwa.

 

Ale wyobraźmy sobie, że jest wiosna 2016 r. W Pjongjangu (inaczej Phenian), stolicy Korei Płn., umiera 75-letni schorowany Kim Dzong II. Zgodnie ze scenariuszem sukcesji, następcą zostaje najmłodszy syn umiłowanego przywódcy, wychowany w szwajcarskiej szkole, niegdyś fan rapu, 33-letni Kim Dzong Un. Tym samym tradycji staje się zadość, dynastia Kimów utrzymuje się przy władzy, a partyjni i wojskowi dygnitarze dostają gwarancję zachowania dotychczasowych przywilejów. Ale nie wszyscy są zadowoleni. Zamieszanie wywołane śmiercią starego Kima wykorzystuje grupa wysokich rangą funkcjonariuszy służb specjalnych, postępowych wojskowych, urzędników zajmujących się handlem zagranicznym i dyplomatów.

 

Chiński wzór

 

Po kilkugodzinnym niemal bezkrwawym zamachu stanu opanowują urzędy centralne. To wystarcza, by przejąć kontrolę nad całym państwem. Idzie im gładko, tym bardziej że armia nie opuszcza koszar, bo generałowie, widząc klęskę reżimu, tylko obserwują rozwój wypadków i ani myślą narazić się nowej ekipie. Nie reaguje także społeczeństwo, które o zmianie władzy nic jeszcze nie wie. Tymczasem niedoszły wódz wychodzi z przewrotu cało, zostaje odeskortowany na stołeczne lotnisko, skąd odlatuje do Chin. W niedalekiej przyszłości zajmie się tam prowadzeniem interesów, napisze książkę o ojcu i dziadku, spisze także pamiętniki, a amerykańskiej wytwórni filmowej sprzeda prawa do opowieści o własnym upadku.

 

Zamachowcom nie chodzi o ideały. Wiedzą, że gospodarka jest w opłakanym stanie, a ludzie głodują, ale ich interesują przede wszystkim własne kariery. W północnokoreańskim skansenie nie rozwiną skrzydeł i nie zarobią dużych pieniędzy. Mają receptę na sukces: chcą wymienić kierownictwo partii, a Koreę Płn. otworzyć na świat, rzucić w wir globalizacji, a dokładniej – wprowadzić w kraju kapitalizm na wzór chiński. Zdają sobie sprawę, że powtórzenie sukcesu wielkiego sąsiada nie będzie możliwe bez wsparcia z zewnątrz, ktoś za otwarcie kraju będzie musiał zapłacić. Dlatego nowy rząd Północy składa ziomkom z Południa propozycję unii.

 

Delegaci Pjongjangu nie jadą do Seulu z pustymi rękami – proponują wojskowe technologie nuklearne, posłuszeństwo ponadmilionowej armii, usługi rozwiniętej siatki wywiadowczej, możliwość eksploatacji bogactw naturalnych, których los poskąpił Południu. W zamian za przymknięcie oka na północnokoreańskie zbrodnie i pomoc w podźwignięciu zrujnowanego kraju oferują pokój, zakończenie wojny trwającej od połowy ubiegłego wieku. Oczywiście Seul uznaje ofertę unii za atrakcyjną. Na kilkadziesiąt następnych lat nadaje Północy status terytorium specjalnego – od teraz Północ będzie koreańskim odpowiednikiem Hongkongu, z własnym samorządem, pewnie nadal komunistycznym, pozbawionym wpływu na politykę zagraniczną i obronną nowego, wspólnego państwa.

 

Dobry interes

 

Zjednoczenie Korei to dziś fantazja, ale nie tak odległa, by nie zajął się nią bank inwestycyjny Goldman Sachs. Analitykom wyszło, że przed połączoną gospodarką koreańską rysują się fantastyczne perspektywy – będzie potrzebowała jedynie 30, góra 40 lat, by przegonić Francję, Niemcy, a nawet Japonię. Z kolei ekonomiści seulskiego instytutu finansów publicznych policzyli całościowy koszt zjednoczenia dla południowokoreańskiego podatnika. W pierwszej dekadzie walka z zacofaniem Północy będzie pochłaniać aż 12 proc. rocznego budżetu Południa. Potem wydatki zaczną maleć, a całe zjednoczenie będzie kosztować około 1 bln dol. Sporo, ale to nadal dwa razy mniej niż zjednoczenie Niemiec. Połączenie nie będzie tak gwałtowne, inaczej niż w Niemczech, będzie to marsz rozłożony na kilka dekad.

 

Zjednoczenie to może być dobry interes. Nie dość, że Południe kupi od Północy pokój i bombę atomową, to jeszcze zyska dostęp do kilkunastu milionów zdyscyplinowanych robotników, gotowych pracować za groszowe stawki i mówiących po koreańsku. Na Dalekim Wschodzie coraz trudniej o naprawdę tanią siłę roboczą, nawet chińska zaczyna uchodzić za nieznośnie drogą. W poszukiwaniu niższych płac i ulg podatkowych także koreańscy inwestorzy coraz częściej zapuszczają się w głąb Państwa Środka. Gdyby doszło do zjednoczenia, nie musieliby stawiać fabryk za granicą.

 

Część południowych koncernów już teraz inwestuje na Północy. W 2004 r. w prowincji Kaesong, sąsiadującej od północy przez granicę z prowincją Paju, otwarto specjalną strefę ekonomiczną, którą zawiaduje spółka należąca do Hyundaia. Strefa to główne źródło dewiz komunistycznego reżimu w Pyongyangu. W 2012 r. ma w niej pracować 750 tys. osób, ale póki co, sto południowokoreańskich firm zatrudnia tam 40 tys. robotników. Płacą im około 70 dol. miesięcznie, dwa razy mniej niż w Chinach i aż 30 razy mniej niż w Korei Płd. Korzystają nie tylko Koreańczycy: jesienią było głośno o szwedzkiej firmie produkującej dżinsy, których jedynym wyróżnikiem było miejsce produkcji. Mają mało oryginalny fason, dostępne są tylko w kolorze czarnym, gdyż niebieski dżins uchodzi w Korei Płn. za wymysł imperialistyczny.

 

Optymiści uważają, że Korea Płn. może szybko zasypać przepaść cywilizacyjną. Przypominają, że na Półwyspie Koreańskim już raz zdarzył się podobny cud, tyle że na Południu, które z kraju potwornie biednego za życia jednego pokolenia wyrosło na 14 potęgę gospodarczą świata. Nic nie stoi na przeszkodzie, by ten wyczyn powtórzyć na Północy, tym bardziej że jej mieszkańcy mają kontakt z namiastką kapitalizmu. Na granicy z Chinami kwitnie kontrabanda, dobrze ma się czarny rynek, bo w miastach to targowiska są głównym źródłem zaopatrzenia w żywność. Państwowy system rozdziału nie wystarcza, więc rządzący komuniści godzą się na bazarową prywatną inicjatywę. Ale i ciągle z nią walczą. W grudniu zeszłego roku Kim Dzong Il zarządził rabunkową denominację, wymierzoną w spekulantów i drobnych handlarzy, którzy wzbogacali się na pełzającej rewolucji wolnorynkowej.

 

Dwie planety, dwa strachy

 

Zjednoczenie zgrabnie wypada w wyliczeniach księgowych, ale nie byłoby łatwe. W latach 90. południowokoreańscy naukowcy i pracownicy ministerstwa zjednoczenia (tak, jest tu takie) tłumnie pielgrzymowali do Niemiec, by wybadać, czy niemiecki model da się powtórzyć w Korei. Orzekli, że powtórka jest wykluczona. Na Półwyspie Koreańskim zaczęła się już siódma dekada podziału (liczona od początku wojny), w Niemczech rozwód trwał kilkanaście lat krócej. I różnice między wschodnimi i zachodnimi Niemcami nie były tak olbrzymie jak między Koreami: w 1990 r. RFN była ledwie trzy razy zamożniejsza od NRD. W Korei ta proporcja wynosi 1:20!

 

W jednoczących się Niemczech po obu stronach granicy żyli ludzie, którzy nieźle się znali, tymczasem w Korei powoli odchodzi ostanie pokolenie, które pamięta się jeszcze sprzed wojny koreańskiej (1950–1953). Nic więc dziwnego, że najmłodsze pokolenie południowych Koreańczyków traktuje ubożuchnych kuzynów z Północy jak groźnych mieszkańców odległej planety, a na co dzień ma ich w nosie. Zjednoczenie pozostaje oficjalnym celem politycznym Południa, ale poparcie dla tej operacji spada z 91,6 proc. w 1994 r. do około 60 proc. dziś, na dodatek prawie jedna piąta Koreańczyków z Południa zdecydowanie się zjednoczeniu sprzeciwia.

 

Obawy budzi tsunami migracji, które przelałoby się przez półwysep, choć eksperci uspokajają, że jeśli Północy zapewni się atrakcyjne warunki rozwoju, odpływ stamtąd nie powinien być duży. Natomiast wielce prawdopodobna byłaby dyskryminacja mieszkańców Północy, większość z nich nigdy nie korzystała z komputera, a musieliby integrować się z jednym z najbardziej skomputeryzowanych społeczeństw świata. Nie wiadomo także, co po ewentualnym połączeniu zrobić ze spuścizną komunizmu, ani jak uporać się z rozliczeniem zbrodni reżimu. A trzeba pamiętać, że zjednoczenie nie byłoby tylko wewnątrzkoreańskim problemem.

 

Trudno oczekiwać, że Chiny, Japonia, Rosja, a nawet bliski sojusznik Korei Płd. – USA bezczynnie asystowałyby przy narodzinach giganta gospodarczego i technologicznego dysponującego bronią atomową. Zniknięcie Korei Płn. nie leży w interesie Chin i Rosji, jej możnych protektorów. Z kolei bardzo silna Korea to także zmartwienie Japonii, która patrzy na obie Koree, jak kiedyś Francja na Niemcy – dobrze, że są dwa państwa, a nie jedno. Strachy są po obu stronach, według sondażu opinii z grudnia zeszłego roku grubo ponad jedna trzecia Koreańczyków z Południa właśnie Japonię uważa za największego wroga, w zbiorowej koreańskiej pamięci Japonia zapisała się brutalną okupacją z pierwszej połowy XX w. Na Południu znacznie mniej osób obawia się reżimu Kim Dzong Ila. Zaskakujące, prawda?

 

Artykuł ukazał się w “Polityce“. Jego autorem jest Jędrzej Winiecki.

0

Nie ma powodu, żeby się nie spotkać z Kim Jong Ilem.

Prezydent Korei Południowej, Lee Myung Bak powiedział w wywiadzie dla BBC: „Jestem zawsze gotowy do spotkania z Kim Jong Ilem, nie ma żadnego powodu, dla którego nie miałbym się spotkać z nim jeszcze w tym roku”.

 

W rozmowie z BBC, prezydent Korei Południowej wyjaśnił swój punkt widzenia: „Powinniśmy prowadzić dialog między sobą oraz rozmawiać o północnokoreańskim programie atomowym. Musimy zaangażować  się w proces wzajemnego pojednania i współpracy”

 

Jeśli chodzi o próby artyleryjskie dokonane przed trzema dniami, Lee Myung Bak rzekł: „Z tego co wiem pociski północnokoreańskie nie przekroczyły linii wód KRLD”. Nawiązując do ostatniej wypowiedzi Ministra Obrony Narodowej Korei Południowej, Kim Tae Younga, dotyczącej ewentualnej akcji prewencyjnej w przypadku zagrożenia ze strony Pjongjangu, prezydent Lee chcąc uspokoić nastroje, określił ją jako „teoretyczny pomysł”, oparty wyłącznie na standardowych teoriach militarnych.

 

Słowa południowokoreańskiego prezydenta wskazują na chęć wznowienia rozmów Seulu z Pjongjangiem. Niewiadomo natomiast czy Kim Jong Il będzie skłonny do ustępstw (w postaci np. powrotu do rozmów sześciostronnych na temat północnokoreańskiego programu atomowego) , które doprowadziłyby do rozpoczęcia rokowań pokojowych z Koreą Południową.

 

źródło: http://www.dailynk.com/

0

Biografia Liu Xiaominga, ambasadora Chin w KRLD

Ze względu na odejście Liu Xiaominga ze stanowiska ambasadora ChRL w Korei Północnej, przedstawiamy dziś jego biografię.

 

 

Biografia:
1970-1974  – Uniwersytet Języków Obcych w Dalian, ChRL;
1974-1975  – urzędnik MSZ ChRL;
1975-1978  – doradca ds. politycznych, chińska ambasada w Zambii;
1978-1982  – urzędnik Biura ds. Stanów Zjednoczonych, Departament ds. Ameryki Północnej i Oceanii, MSZ ChRL;
1982-1983  – Wyższa Szkoła Prawa i Dyplomacji – Fletcher, Uniwersytet Tufts, Stany Zjednoczone;
1983-1989  – Wicedyrektor biura ds. Stanów Zjednoczonych, Departament ds. Ameryki Północnej i Oceanii, MSZ ChRL;
1989-1990  – II sekretarz ambasady chińskiej w Stanach Zjednoczonych;
1990-1993  – I sekretarz ambasady chińskiej w Stanach Zjednoczonych;
1993-1994  – dyrektor Biura ds. Stanów Zjednoczonych, Departament ds. Ameryki Północnej i Oceanii, MSZ ChRL;
1994-1995  – doradca Departamentu ds. Ameryki Północnej i Oceanii, MSZ ChRL;
1995-1998  – wicedyrektor generalny Departamentu ds. Ameryki Północnej i Oceanii, MSZ ChRL;
1998-2001  – wiceambasador chińskiej ambasady w Stanach Zjednoczonych;
2001-2003  – ambasador ChRL w Egipcie;
2003-2004  – ambasador, w MSZ ChRL;
2004-2005  – zastępca gubernatora prowincji Gansu;
2005-2006  – wiceminister w Centralnym Biurze Spraw Zagranicznych ChRL;
2006-2010  – ambasador ChRL w Korei Północnej;

Jest mężem Hu Pinghua, która też służy w dyplomacji. Mają jednego syna. 

Opracowanie własne

0

A jednak się udało…

Od dłuższego czasu słyszymy o coraz częstszych próbach ucieczki obywateli północnokoreańskich. Te próby są udane, bądź też nie (niestety tych nieudanych jest więcej). Udane kończą się próbą ułożenia sobie na nowo życia w nowej ojczyźnie; nieudane oznaczają natomiast automatyczne zesłanie całej rodziny do obozu pracy.

 

Jedną z najbardziej spektakularnych ucieczek była ,,akcja” przeprowadzona przez północnokoreańskiego dyplomatę w Etiopii. Ów urzędnik w listopadzie 2009 r. zdołał zbiec do południowokoreańskiej ambasady. Na chwilę obecną ta informacja pozostaje jeszcze nie potwierdzona. Prawdopodobny scenariusz ucieczki dyplomaty wyglądał następująco:
– 40-letni dyplomata (z zawodu także lekarz) zwrócił się o azyl do południowokoreańskiej ambasady w Addis Abebie.
– Przez kilka tygodni oczekiwał na decyzję.
– Strona południowokoreańska wydała pozytywną opinię. Urzędnik został przewieziony bezpiecznie do ambasady Korei Południowej.

Wówczas ambasador Korei Północnej w Etiopii wezwał swojego południowokoreańskiego odpowiednika w celu uzyskania wyjaśnień. Jedną z gróźb było ustawienie przeszkody w postaci samochodów z KRLD u bram południowokoreańskiej ambasady.
Tysiące zwykłych Koreańczyków z Północy uciekło w ostatnich latach przed głodem i prześladowaniami politycznymi do Korei Południowej. W większości ich droga wiedzie przez Chiny. Od wojny koreańskiej, która zakończyła się w 1953 roku rozejmem, na Południe uciekło 17 tysięcy Koreańczyków.

0

Międzykoreańskie spotkanie w kompleksie Kaesong

Dzisiejsze spotkanie negocjatorów KRLD oraz Korei Południowej miało na celu znalezienie sposobów na polepszenie funkcjonowania kompleksu gospodarczego Kaesong. Pomimo problemów z przekroczeniem granicy północnokoreańskiej przez 16 negocjatorów z Południa, ok. godz. 14 czasu miejscowego rozpoczęło się spotkanie przedstawicieli obu państw koreańskich – poinformował południowokoreański Minister ds. Zjednoczenia.

(więcej…)

Copyright © 2007-2017 Pukhan.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Realizacja: SYNTAX